Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wytrawnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wytrawnie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Słona tarta ze wszystkim co najlepsze

Wiadomo, wszystko co najlepsze to pojęcie subiektywne. Ja na przykład rozpływam się na widok suszonych pomidorów, kremu z karczochów (przecież każdy szanujący się człowiek ma go w swojej kuchni), czarnych oliwek (tak, wiem, spora część czytających właśnie zwątpiła) i parmezanu (to chyba obiektywnie najlepsze). A teraz weźcie i wrzućcie to w jedną tartę. Albo w makaron! Mamma mia!


Żeby nie było zbyt różowo (zwłaszcza w kontekście formy w kształcie serca i suszonych kwiatów), całość rozcieńczyłam cebulą (ale czerwoną, więc jednak dość różowo) i jajkiem, bo dobrze żeby się trzymało kupy.

Start!

Składniki:

ciasto
  • 1 kopiasta szklanka mąki
  • 100 g masła
  • 1 łyżka zalewy z suszonych pomidorów (można pominąć)
  • 1 żółtko
  • 1/2 łyżeczki soli
farsz
  • około 3 łyżki zalewy z suszonych pomidorów (może być zwykła oliwa)
  • 2 średnie albo jeden duży ząbek czosnku
  • 2 średnie czerwone cebule
  • 80 g czarnych oliwek
  • 130 g suszonych pomidorów z zalewy
  • 50 g pasty z karczochów
  • 1 jajko i 1 zółtko
  • 30 g parmezanu
  • sól, pieprz, suszony tymianek (świeży pewnie jeszcze lepszy)


Wykonanie:
  1. Zaczynamy od farszu. Czosnek trzeba pokroić na plasterki, a cebulę całkiem dowolnie posiekać.
  2. Na rozgrzanej zalewie/oliwie podsmażyć plasterki czosnku, aż do momentu kiedy wyraźnie będzie czuć jego zapach (lepiej za krótko niż za długo). Wtedy należy dodać cebulę, posolić, wymieszać, przykryć i poddusić na małym ogniu.
  3. W tym czasie posiekać oliwki i pokroić pomidory, po czym dodać do miękkiej cebuli, wymieszać. Dosolić i popieprzyć do smaku ;)
  4. Jeszcze chwilę podsmażyć, odparować ewentualny nadmiar wody, dodać pastę z karczochów i odstawić.
  5. Z farszem jeszcze nie koniec, ale czas na ciasto! W związku z tym trzeba nagrzać piekarnik, do 180 stopni.
  6. Potem do mąki dodać zimne masło, posiekać na drobne kawałki. Dodać wszystkie pozostałe składniki, szybko zagnieść i wylepić formę. Podziurawić widelcem i piec około 15-20 minut aż góra się zarumieni.
  7. W tym czasie ubić jajko i żółtko do farszu, dodać do zawartości patelni i delikatnie wymieszać.
  8. Masę przełożyć do gorącego ciasta, posypać parmezanem i piec jeszcze około 25 minut.

Do zjedzenia jeszcze na ciepło albo już na zimno.

Smacznego!

piątek, 15 marca 2013

Piatkowe burgery z serem Camembert

Jedna z internetowych mądrości głosi, że jedzenie sałatki w Mc Donald's jest jak zamówienie prostytutki żeby się poprzytulać. Być może podobnie jest z nazywaniem burgera bez mięsa burgerem. 


Wiadomo, mięso to podstawa, ale z drugiej strony można uprzeć się przy tym, że o burgerowości kanapki decyduje użycie maślanej, hamburgerowej bułki. Przynajmniej tak to sobie dzisiaj, w piątek, tłumaczyłam.

Co jak co, ale i tak było smaczne, nawet bardzo. I jeśli mam dalej się pocieszać, można dojść do wniosku, że cały kawałek serka Camembert (120g) ma więcej cholesterolu niż miliard kotletów razem wziętych. Poniżej dwie propozycje na piątkowego burgera. Bardziej i mniej słodka. Słodka popłynęła, bo postanowiłam skusić się na połowę sera.


Jeśli chodzi o same bułki to upiekłam je z przepisu Liski, czy właściwie Marthy Stewart. Są idealne!

Do burgera oczywiście frytki i sałatka Colesław - jedno i drugie gotowcowe. Wszystko zniknęło z dwóch talerzy za sprawą dwóch paszczy w jakieś dwie minuty.

Nie taki piątek straszny ;)


niedziela, 17 lutego 2013

Miedzynarodowa zapiekanka z pora

Jak zrobić międzynarodową zapiekankę?

Zacznijmy od interkontynentalnego pora, który o dziwo pochodzi z Azji. Trudno jednak o tym pamiętać skoro do Polski trafił już w średniowieczu, a na południu Europy znany był już w starożytności. Losy pora podziela cebula, chociaż nie wiem czy tak jak orkisz miała okazję stać się posiłkiem gladiatorów i zawodników igrzysk.


Igrzyska! Grecja. Grecja, która większości Europejczyków kojarzy się z błogim lenistwem (nie wiem już czy chodzi bardziej o wczasy czy lifestyle śródziemnomorskich narodów), a czasem również z baraniną, oliwkami i serem Feta. Ten ostatni posiada swoje polskie (zapewne dalekie) kuzynki w formie wyrobów fetopodobnych, które jednak do zapiekanek się nadają.

Beszamel - francuski sos, który określony jako zasmażka z mąki na maśle rozprowadzona mlekiem, brzmi już nieco bardziej swojsko. W każdym razie uwielbiam zalewać nim zapiekanki.

Kulinarnym erudytą raczej nie jestem - wszystko znalazłam na Wikipedii ;)


Składniki

Zapiekanka
  • 4 duże lub 6 mniejszych porów
  • 2 średnie cebule
  • 2 duże plastry szynki
  • 2/3 szklanki mąki orkiszowej
  • 3 jajka
  • kostka sera fetopodobnego albo i fety
  • oliwa, olej lub masło
  • sól i pieprz
  • odrobina masła i jeszcze trochę mąki orkiszowej
Beszamel
  • pół kostki masła (100 g)
  • pół szklanki białej mąki pszennej
  • pół litra zimnego mleka
  • sól, pieprz, gałka muszkatołowa
Ilość beszamelu z pewnością utopi zapiekankę - ja tak lubię, ale jeśli ktoś woli mniej to proszę zrobić mniej ;)


Wykonanie
  1. Cebulę posiekać, łodygi pora pokroić na talarki a plastry szynki pokroić na małe kawałki.
  2. Cebulę poddusić chwilę na rozgrzanej oliwie/maśle/oleju, dodać pora, szynkę, po czym doprawić solą (ostrożnie, ser jest słony) i pieprzem. 
  3. Dusić jeszcze 15 minut od czasu do czasu mieszając.
  4. W tym czasie piekarnik nagrzać do 180 stopni, wysmarować blachę masłem i wysypać mąką.
  5. Przygotować beszamel. Na patelni roztopić masło, podsmażyć na nim mąkę po czym partiami dodawać zimne mleko dokładnie mieszając. Aż do odpowiedniej konsystencji. Doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową.
  6. Duszonego pora zdjąć z ognia, dodać mąkę, wymieszać, po czym dodać rozbełtane jajka i wymieszać raz jeszcze.
  7. Dodać pokruszony ser, wymieszać, ewentualnie jeszcze raz doprawić.
  8. Masę porową wyłożyć na blachę, polać beszamelem.
  9. Włożyć do pieca i piec około pół godziny.
  10. Zjeść.
Smaczego! / Bon apetit! / Bon óρεξη! / 胃口好!
(A to z Google Translate)

sobota, 26 stycznia 2013

Placuszki z kaszy manny, na wloska nute

No i znów będę narzekać na żelastwo na zębach, ale nie ma się co dziwić skoro czasem z jego powodu trudno jest cokolwiek pogryźć. Przechodzę wtedy na papkowy system śniadaniowych kaszek, głównie kaszy manny. Dziś jednak poczułam, że kolejna porcja białej masy słodzonej konfiturą już nie przejdzie przez moje gardło. Tak oto powstały placuszki z kaszy manny! Nie słodkie, ale wytrawne. Z suszonymi pomidorami i parmezanem. Mniam!


Inna sprawa, że dodatkami można śmiało żonglować wedle upodobań - jest więc cień szansy, że kolejna wersja śniadania nie znudzi mi się tak łatwo.

Składniki:
  • około 220 ml mleka (trochę ponad szklankę)
  • 7-8 łyżeczek kaszy manny (tyle ile na gęstą kaszkę)
  • 2 jajka
  • łyżka mąki
  • ćwiartka świeżego pomidora
  • 2 łyżki pokrojonych suszonych pomidorów
  • ok. 30 g startego parmezanu (+ do woli do posypania)
  • łyżka duszonej cebuli
  • oliwa
  • ząbek czosnku
  • przyprawy (pieprz, sól, bazylia)

Wykonanie
  1. Przygotowujemy kaszkę - ja podgrzewam mleko aż będzie gorące, wtedy dosypuję kaszę i mieszam dalej podgrzewając aż całość zgęstnieje.
  2. Do gęstej kaszki dodać pomidory, parmezan, cebulę i przyprawić do smaku. Dokładnie wymieszać.
  3. Na końcu dodać mąkę, jajka i wymieszać raz jeszcze.
  4. Oliwę rozgrzać z rozgniecionym ząbkiem czosnku, kiedy już puści aromat wyjąć czosnek i nakładać po łyżce ciasta (placuszki są delikatne, więc lepiej smażyć mniejsze żeby się nie rozpadały).
  5. Smażyć z jednej strony aż się zarumienią (około 2 minut), po czym przewrócić i smażyć z drugiej.
  6. Wyłożyć na talerz, posypać parmezanem i zajadać. Najlepiej z domowym ketchupem.
Smacznego!

sobota, 19 stycznia 2013

Lasagne po mojemu

Jakoś ta zima nie sprzyja gotowaniu, a już na pewno nie pieczeniu - czasu brak, na zębach żelastwo, które zacznie ogranicza możliwości konsumpcyjne (zwłaszcza w kontekście słodyczy), do tego multum innych możliwości artystycznego wyżywania się (tak, tak, to Sztuka przez duże Sztu).

Z drugiej strony ile można żywić się niskokalorycznymi słoiczkami od babci? ;) Kiedy temperatura spada poniżej zera chciałoby się czegoś mięsnego i obrzydliwie tłustego. A lasagne/lazania ma potencjał! Duży.


Lazania po mojemu jakoś specjalnie nie różni się od innych - siedzą w niej pomidory, mięcho, beszamel,  ser. To co lubię dodać gratis to tarta marchewka (chociaż to pewnie też żadna nowość) - wtedy całość wydaje mi się być bardziej soczysta i trochę bardziej słodkawa. I wychodzi na to, że w Lazanii po mojemu nic mojego. Ale przepis i tak będzie ;)

Więc do dzieła!

Czego potrzebujemy?
  • około 500 g makaronu do lazanii
  • 100 g tartego parmezanu
Część mięsna
  • 500 g wołowego mięsa mielonego
  • 2 duże starte marchewki
  • 2 średnie posiekane cebule
  • 2 posiekane ząbki czosnku
  • 500 g przecieru pomidorowego
  • oliwa z oliwek
  • ocet balsamiczny
  • sól
  • pieprz
  • trochę ostrej papryczki
(uh, dużo)

Beszamel
  • 3 kopiaste łyżki mąki
  • 3 solidne łyżki masła
  • 500 ml mleka
  • sól
  • pieprz
  • gałka muszkatołowa

Jak to zrobić?
  1. Przygotowujemy mięsny farsz. Na rozgrzanej patelni podsmażamy posiekany czosnek i papryczkę. 
  2. Dodajemy cebulę, chwilę dusimy. Następnie dodajemy mięso, sól, pieprz oraz odrobinę octu balsamicznego i znów dusimy. Na koniec dodajemy marchew i dla odmiany jeszcze trochę podduszamy.
  3. Później dolewamy przecier pomidorowy i doprawiamy do smaku. Należy pamiętać, że jeśli nasz makaron nie wymaga wcześniejszego gotowania, farsz musi być dość rzadki żeby makaron miał skąd wchłonąć wodę!
  4. Przygotowany farsz odstawiamy na bok i zabieramy się za beszamel.
  5. Do rozgrzanego masła dodajemy mąkę i mieszamy dalej podgrzewając. Porcjami dolewamy mleko ciągle mieszając. Doprawiamy solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Odstawiamy.
  6. Jeśli makaron wymaga podgotowania, to jest właśnie dobry moment żeby to zrobić (wg instrukcji na opakowaniu).
  7. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
  8. Spód blachy/naczynia żaroodpornego smarujemy oliwą lub masłem.
  9. Na spód wykładamy pierwszą warstwę makaronu, na to część mięsnego farszu, całość smarujemy beszamelem, po czym wykładamy kolejną warstwę makaronu, mięsa, beszamelu i tak dalej aż do wyczerpania składników. Ostatnią warstwą powinien być beszamel. Wierzch posypujemy parmezanem.
  10. Lazanię pieczemy około pół godziny (chyba że opakowanie makaronu mówi inaczej).
Smacznego!

czwartek, 30 sierpnia 2012

Pizza Dziadka Jurka

Nie mam co udawać, że kiedykolwiek sama usmażyłam placki ziemniaczane. Wystarczająco często robi to moja babcia Marysia, która stanowi główną linię produkcyjną obiadów dla naszej rodziny. Placki ziemniaczane zdarza się zrobić również mojej mamie albo dziadkowi Jurkowi. Ten ostatni smażenie sygnalizuje najczęściej słowami mam sposób na pizzę. To zdanie działa jak magiczne zaklęcie (a może klątwa?) - każdy kto je usłyszy, w przeciągu maksymalnie 48 godzin będzie cierpiał z powodu przejedzenia wielkim plackiem ziemniaczanym z dodatkiem sera żółtego, cebuli, wędliny i pieczarek (te ostatnie opcjonalnie). Dziadkowa pizza występowała też w wersji z kiełbasą i serem topionym zamiast szynki i sera żółtego. Klasycznym, polskim sosem jest ketchup, chociaż ostatnio odkryłam, że idealny do tego jest sos czosnkowy na bazie jogurtu.


O proporcjach rozpisywać się nie będę, bo w kontekście babcinych/dziadkowych przepisów po prostu nie przystoi. Wiadomo, wszystkiego na oko!

Co należy zrobić? Najpierw przygotować to, co wyląduje na wierzchu. Cebulę poddusić z pieczarkami, przyprawić do smaku i dodać wędlinę. Odstawić.

Kolejnym krokiem jest wyprodukowanie masy na placki ziemniaczane (cóż, głównie tarcie). Usmażyć po 1 wieeelkim placku z jednej strony, przełożyć na drugą i na usmażony wierzch wyłożyć przygotowaną wcześniej cebulową mieszankę. Na to położyć ser - smażyć pod przykryciem żeby się stopił.

Placek wyłożyć na talerz i umrzeć z przejedzenia!

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Focaccia z pomidorami

Zakochałam się od pierwszego wejrzenia w Focaccii z Lawendowego Domu. Dokładnie, wejrzenia. Soczyste wakacyjne zdjęcie (w przeciwieństwie do mojego mrocznego ;) z pomidorkami różnych kolorów i rozmiarów od razu skradło moje serce, zwłaszcza na czas pieczenia. Jak zwykle spędziłam pół godziny z czołem przyklejonym do szyby piekarnika. Pychota!



Przepis dostępny jest na stronie internetowej Lawendowego Domu.


środa, 11 lipca 2012

Muffiny z kremem bazyliowym (na ostro)

Hm, czyżby kolejne muffiny? Oczywiście! Te powstały z decykacją dla Gosi, która wprawdzie lubi słodkie, ale woli słone. 


Składniki:

muffiny:
  • 1,5 szklanki mąki
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • płaska łyżeczka soli
  • pół łyżeczki pieprzu
  • 1/3 szklanki posiekanych oliwek
  • 2/3 szklanki pokrojonych suszonych pomidorów
  • 1 jajko
  • pół szklanki zalewy (oliwy/oleju) z suszonych pomidorów
  • 2/3 szklanki mleka
  • posiekany rozmaryn
krem:
  • 250 g serka mascarpone
  • duża garść liści bazylii
  • 2 łyżeczki zielonego pesto
  • szczypta soli
  • szczypta pieprzu

Wykonanie:
  1. Piekarnik nagrzać do 180 stopni, przygotować foremki na muffiny.
  2. Wymieszać mąkę, proszek do pieczenia, sól i pieprz.
  3. W drugim naczyniu wymieszać roztrzepane jajko, olej z suszonych pomidorów, mleko i posiekany rozmaryn.
  4. Do suchych składników dodać mokre, dosypać pomidory oraz oliwki i wszystko wymieszać do połączenia. 
  5. Nałożyć do foremek i piec przez około 15 minut. Po tym czasie wyjąć z piekarnika i zostawić do ostudzenia.
  6. Przygotować krem. Bazylię drobno posiekać, dodać do mascarpone, zmiksować, popieprzyć i posolić do smaku. Na końcu dodać pesto i całość wymieszać. Nałożyć na wystudzone muffiny.
  7. Zjadać albo przechowywać w lodówce.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Wiosenny chlebek z ziolami

W oryginale zwał się świąteczny, więc można go uznać jako chleb dla tych którzy w połowie Świąt ocknęli się, że dałoby się coś jeszcze upiec albo dla ogólnie spragnionych wiosennej zieleniny. Przepis pochodzi z jednego z licznych segregatorów mojej mamy.

Chlebek jest bezzakwasowy, więc niezbyt wilgotny dlatego mi najbardziej smakuje przypieczony w tosterze. Ale patrząc na moją rodzinę, która zajada się ziołowym chlebem bez dodatków, dochodzę do wniosku, że wszystko jest kwestią gustu. Zapomniałam dodać, że (jak nie trudno się domyślać) można spodziewać się miłego, zielonego aromatu.


Składniki:
  • 200 ml letniego mleka
  • 2 dag drożdży
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • 40 dag mąki (ja dałam 10 dag orkiszowej pełnoziarnistej + 30 dag pszennej)
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 5 dag masła
  • 1 duży pęczek ziół (Ja używam szczypiorku i natki pietruszki, ale co się w domu znajdzie to wrzucać! A jak pęczek jest mały to uzupełniam suszonymi ziołami - bazylią, oregano itd.)
  • 1 żółtko
  • 1 łyżka margaryny (albo oleju czy innego tłuszczu do nasmarowania blachy)

Wszyscy wiedzą, że to jeże (najlepiej mięsne) są na czasie!
Wykonanie:
  1. Roztopić masło. Drożdże wymieszać z cukrem i rozpuścić w letnim mleku. Następnie dodać mąkę (2 łyżki odłożyć), sól, masło i zagnieść ciasto. Gotowe odstawić pod przykryciem na godzinę aż podwoi objętość.
  2. W międzyczasie formę keksową natłuścić margaryną i posypać łyżką mąki. Zioła umyć, osuszyć i drobno posiekać.
  3. Na lekko posypanej mąką stolnicy zagnieść ciasto, dodając do niego posiekane zioła.
  4. Z ciasta odjąć część wielkości brzoskwini i rozwałkować na grubość 1/2 cm. Foremką wyciąć (mniej lub bardziej) wielkanocne/wiosenne zwierzątka.
  5. Z pozostałej części ciasta uformować podłużny bochenek i ułożyć w foremce. Następnie posmarować rozmąconym żółtkiem.
  6. Na wierzchu bochenka ułożyć małe zajączki, które również posmarować żółtkiem.
  7. Tak przygotowany chleb odstawić na kolejne 30 minut do wyrośnięcia.
  8. Nagrzać piekarnik do 200 stopni.
  9. Wyrośnięty chleb wstawić do nagrzanego piekarnika i piec około 45 minut (mój był upieczony po 35 minutach).

Był też ślimak, którego muszla z innej perspektywy wyglądała już mniej apetycznie ;)
Smacznego!

piątek, 24 lutego 2012

Kolorowa salatka

W powietrzu oprócz mrowia bakterii i wirusów czuć też pierwsze podrygi wiosny. Ze względu na silny deficyt witamin, chciałam jej poszukać na bazarku pod Halą Banacha. Faktycznie, wszędzie zalegają tony szklarniowych rzodkiewek i sałaty, a w zestawie do tego kilogramy przecenionego awokado. I niespodzianka roku - świeże figi! Szukałam ich jesienią we Włoszech i latem w Serbii. Widać szuka się ich przedwiośniem w Polsce ;) Rzodkiewki wprawdzie się nie przydały, ale cała reszta przyczyniła się do powstania sałatki, która skradła moje serce!


Składniki (na 1 pojemną osobę):
  • kilka liści siałaty (około 6-10)
  • pół dojrzałego awokado
  • 4 świeże figi
  • 50 g sera Lazur
  • 1/4 szklanki oliwy z oliwek
  • sok wyciśnięty z połówki małej cytryny
  • łyżeczka miodu
  • sól i pieprz do smaku

Wykonanie:
  1. Sałatę, figi i awokado dokładnie umyć.
  2. Figi pokroić w grubszą kostkę, obrane awokado dużo drobniej.
  3. Oliwę, sok z cytryny, miód, sól i pieprz wymieszać w słoiku, zakręcić i dokładnie połączyć potrząsając naczyniem (sosu można zrobić mniej).
  4. Sałatę porwać do miski, posypać pokrojonymi figami i awokado, polać sosem.
  5. Na wierzch pokruszyć ser.
Smacznego!

    piątek, 2 grudnia 2011

    Penne i cukinia

    Taka kolacja miała zaspokoić nagłą potrzebę zjedzenia bakłażana. Wprawdzie bakłażan i cukinia to nie do końca to samo, ale w zasadzie i tak często mi się myli ;)

    Wszystkie składniki są ultraważne, a tak poza tym same plusy - danie praktycznie robi się samo. Porcja na dwa głodomory albo trzy mniejjadki.
    • 300 g makaronu penne (może być też spaghetti)
    • 1/2 kg cukinii
    • pół szklanki białego wytrawnego wina
    • 2 łyżeczki pesto
    • 2 ząbki czosnku
    • szczypta suszonego chilli
    • 2 łyżki oliwy lub oleju
    • kopiasta łyżka masła
    • sól
    • łyżeczka bazylii
    • parmezan



    Wykonanie:

    1. Czosnek posiekać, a bakłażany pokroić na plasterki.
    2. Na rozgrzanej oliwie (albo oleju) krótko podsmażyć chilli i czosnek.
    3. Dodać pokrojoną cukinię, lekko posolić, zalać winem i dusić pod przykryciem przez 40 minut od czasu do czasu mieszając. Jeśli cukinia za bardzo odparuje, można dolać wodę albo jeszcze trochę wina.
    4. Makaron ugotować al dente.
    5. W międzyczasie przyprawić cukinię: dodać pesto i bazylię, dosolić do smaku.
    6. Makaron odcedzić, wymieszać z sosem i masłem. Podgrzewać jeszcze minutę.
    7. Nałożyć na talerze i posypać tartym/drobno pokruszonym parmezanem.
    Smacznego!

    poniedziałek, 31 października 2011

    Spaghetti alla vongole - jak to leciało?

    Praktycznie w każdym zakątku świata można wygrzebać jakiś wykaz potraw, które uznawane są za afrodyzjaki. Ale czy afrodyzjakiem nie jest każdy rodzaj dobrego jedzenia? ;)

    Wczoraj zaliczyłam niedzielny spacer po Neapolu - dokładniej po kilku ulicach, które dość spontanicznie przerodziły się w targ. Z drugiej strony wszystko tu wygląda na spontaniczne. W każdym razie miejsce znajdowało się raczej z dala od turystów, za to wśród mnóstwa głośnych neapolitańczyków. Z dziećmi czy tam bez, zmotoryzowanych, pieszych, starych i młodych, ale zawsze krzyczących i w większości po mszy, kawie oraz ciastku.
    Lista upolowanych produktów była dość długa, ale na samej jej szczycie figurowały małże - vongole. Prosto z zatoki i całkiem tanie ;) Ani ja, ani mój Konrad nie jesteśmy w temacie jeśli chodzi o owoce morza, ale wspomagani paroma tutorialami z YouTube i googlowymi przepisami całkiem dobrze daliśmy sobie radę. I teraz możemy mówić, że jesteśmy tacy fajni i obżeramy się frutti di mare.

    Kolory, flesz i brudna ściana


    Składniki (porcja na 2 głodomory albo na 3-4 normalne osoby):
    • 1/2 kg vongoli
    • 1/3 kg pomidorków koktailowych
    • 250 g makaronu spaghetti
    • 3-4 ząbki czosnku
    • 1/2 szklanki białego wytrawnego wina
    • kilka gałązek natki
    • troszkę chilli w proszku (świeżym pewnie nikt nie pogardzi)
    • troszkę soli morskiej
    • troszkę pieprzu
    • troszkę oliwy z oliwek

    Ziarno jak ta lala, ale też gotowe danie



    Wykonanie:
    1. Małże chwilę namoczyć  w posolonej wodzie, a potem opłukać, odcedzić. Otwarte małże wyrzucić.
    2. Rozgrzać garnek z odrobiną oliwy. Włożyć małże i przykryć. Pozostawić na średnim ogniu aż do całkowitego otwarcia wszystkich muszelek (około 2-5 minut).
    3. W tym czasie posiekać czosnek na plasterki, przekroić na pół pomidorki i porwać liście natki.
    4. Sitko wyłożyć ręcznikiem kuchennym (nam się przydał nieperfumowany papier toaletowy;) i przez taką konstrukcję przecedzić soki, które podczas duszenia puściły małże (żeby pozbyć się piasku itd.). Podobno przecedzona mikstura jest esencją dania. Małże odstawić na bok.
    5. W osobnym garnku wstawiamy wodę na spaghetti.
    6. Na rozgrzanej (dużej) patelni na oliwie krótko podsmażyć czosnek (do momentu kiedy będzie czuć pierwszy aromat), dodać odrobinę chilli pamiętając o tym, że wydobywamy smak małży, a nie wypalamy sobie języki ;)
    7. Na patelnię wsypujemy małże, zalewamy białym winem, zostawiamy na średnim ogniu aż do odparowania (około 5 minut) od czasu do czasu mieszając.
    8. Dodajemy pomidorki, dodajemy szczyptę soli (małże są przecież morskie, więc nie trzeba za dużo), odrobinę pieprzu i czekamy jeszcze chwilę.
    9. Kiedy woda w osobnym garnku się zagotuje, dodajemy trochę soli i wsypujemy makaron. Gotujemy al dente.
    10. Do małży dolewamy przecedzoną miksturę i smażymy jeszcze chwilę żeby odparować wodę.
    11. Kiedy spaghetti będzie ugotowane, odcedzamy makaron na sitku i zestawiamy sos z małżami z ognia. Spaghetti dodajemy do sosu, mieszamy, nakładamy na talerze.
    12. Nic tylko wsuwać i delektować się afrodyzjakiem ;)
    Włosi podobno jedzą to tak, że wydłubują widelcem małże do makaronu, a muszelki wylizują i wyrzucają na inny talerz.
    Tak w ogóle szczerze polecam spontaniczne gotowanie na wyjazdach! ;)

    Smacznego!

    Fleszem po odpadkach

    środa, 26 października 2011

    Muffiny dla (greckich) miesozercow

    Bez dłuższego wstępu przedstawiam muffiny na słono. Z kurczakiem, fetą, oliwkami i rozmarynem. Są sycące, aromatyczne i mam nadzieję, że całkiem zdrowe. Litania składników jest dość długa, ale warto nie pomijać żadnego (zwłaszcza świeżego rozmarynu!).


    Składniki:

    frakcja mięsna:
    • 350 g piersi kurczaka
    • ocet balsamiczny
    • 1-2 ząbki czosnku
    • suszony tymianek
    • oliwa z oliwek (albo olej)
    frakcja sucha:
    • 2 szklanki mąki
    • 1,5 łyżki siemienia lnianego (będzie miało co chrupać)
    • 4-5 łyżek płatków owsianych (wchłoną wodę, którą puszczą mięso i feta)
    • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
    • 1/2 łyżeczki sody
    farakcja wilgotna:
    • 90 g posiekanych oliwek
    • 130 g pokruczonego sera typu feta
    • posiekany świeży rozmaryn
    frakcja mokra:
    • pół szklanki oleju
    • szklanka mleka
    • 4 łyżki octu balsamicznego
    • 2 jajka
    • łyżeczka soli



    Wykonanie:
    1. Piersi kurczaka umyć, oczyścić i pokroić na drobne kawałki. Do mięsa wycisnąć czosnek, posypać tymiankiem, zalać oliwą i octem balsamicznym tak żeby marynata oblepiła kawałki. Odstawić na minimum pół godziny, można też wstawić na noc do lodówki.
    2. Piekarnik nagrzać do 210 stopni.
    3. W dużej misce wymieszać wszystkie suche składniki. W osobnym naczyniu połączyć mokre.
    4. Do suchych składników dodać mokre, wilgotne (ser, oliwki i rozmaryn) oraz kawałki kurczaka. Wszystko wymieszać łyżką aż do połączenia.
    5. Nakładać do muffinowych foremek - silikonowych lub do papilotków w formach.
    6. Piec 10 minut w 210 stopniach, potem kolejne 10 w 180 stopniach.
    7. Po wyjęciu z pieca wyjąć z foremek i studzić na kratce.
    Muffiny powinny być przyrumienione i chrupiące na górze. Najsmaczniejsze są jeszcze ciepłe, ale następnego dnia też mają swój urok.

    Smacznego!

    poniedziałek, 3 października 2011

    Miesiac wstecz, czyli kwiaty cukinii

    Podczas paru sierpniowych dni spędzonych w Sienie, nieustannie krążyłam po spożywczych działach supermarketów, a potem tkwiłam w kuchni. Wszystko było pyszne, świeże i często też zupełnie nowe. Właśnie tam po raz pierwszy wypatrzyłam kwiaty cukinii na wagę (oczywiście w Polsce też są do kupienia) i odpowiednio je spreparowałam. Możliwości jest dużo: można na przykład zatopić je w cieście, a potem usmażyć albo zwyczajnie upiec. Ja skończyłam z duszonymi kwiatami faszerowanymi ricottą i bazylią. Sprawa bardzo prosta, a jaka smaczna!


    Składniki:
    • około 350 g kwiatów cukinii
    • 300 g sera ricotta
    • duży pęczek bazylii
    • sól morska
    • oliwa z oliwek 
    Wykonanie:

    1) Bazylię posiekać, wymieszać z ricottą. Doprawić solą morską i wstawić do lodówki na godzinę.
    2) Z kwiatów cukinii usunąć słupki i faszerować przygotowaną wcześniej mieszanką. Ja z braku sprzętu robiłam to małą łyżeczką, ale marzyły mi się woreczki do wyciskania kremu z odpowiednimi końcówkami (takie, którymi ozdabia się ciasto). Na końcu zawinąć kwiaty jak cukierki (tak jak na zdjęciu).
    3) Patelnię natłuścić oliwą, ułożyć kwiaty i nagrzać. Później ostrożnie dolać trochę wody, przykryć pokrywką i dusić na małym ogniu 15-20 minut, aż ogonki będą miękkie. Jeśli kwiaty podczas duszenia wchłoną wodę, dolewać kolejne porcje.

    My zjedliśmy kwiaty z cienkimi plastrami wołowiny, również prosto z patelni.
    Smacznego!

    niedziela, 31 lipca 2011

    Maszyna i pomidory

    Wszem (i) wobec (i każdemu z osobna) ogłaszam, że rozpoczynam nowy rozdział - rodział życia z maszyną do szycia! Pewnie też nikogo nie zdziwi, że z całego zestawu najbardziej ucieszył mnie pomidorek (z dziwnym dyndadełkiem) na szpilki dołączony gratis.


    A propos pomidorów. Sezon w pełni. Słyszałam w prawdzie, że w tym roku jest drożej przez to, że zamiast lipca mamy lipcopad (moje ulubione określenie tego miesiąca zasłyszane w Trójce!), ale w sobotę pod Halą Banacha dało się kupić pomidory już za 1,20 zł za kilogram. A że tych pomidorów kupiłam 5 kilogramów, na niedzielę przypadła produkcja ketchupu.
    Przepis zapożyczyłam z Wiem co jem, dokładniej (i o dziwo) z odcinka o parówkach. Parę kroków zmieniłam, żeby było szybciej.

    Składniki:
    • 5 kg pomidorów
    • 4-5 cebul
    • 8 ziarenek pieprzu
    • 1/3 szklanki octu winnego
    • 4 łyżki octu balsamicznego 
    • 8 ziarenek ziela angielskiego
    • 4 liście laurowe
    • 2 łyżki soli
    • 15 dag cukru
    • 1 główka czosnku (w końcu mogę gdzieś dodać całą główkę!;)

    Wykonanie:

    Produkcję rozłożyłam na 2 garnki.

    1) Pokrojone pomidory oraz cebulę posolić i rozgotować przez czterdzieści minut bez przykrycia. 
    2) Przecierać na raty przez sito do innego naczynia.
    3) Po przetarciu całość postawić z powrotem na gaz, dodać pieprz, ocet, ziele angielskie, liście laurowe i cukier (wszystko co zostało oprócz czosnku).
    4) Gotować 3 godziny na wolnym ogniu (do odpowiedniej konsystencji).
    5) Na końcu wcisnąć czosnek.
    6) Gorący ketchup rozlać do słoików. Zawekować.

    Żeby ukrócić sobie trochę cierpień przy przecieraniu  polecam wcześniej sparzyć pomidory i obrać je ze skórek.

    Jeśli się jest mną, można się spodziewać pomidorów na ścianach i suficie oraz poparzeń dłoni spowodowanych strzelającymi słoikami. Pocieszające jest to, że po dwóch godzinach od katastrofy da się już zginać palce ;)

    Wszystko jednak rekompensuje mega-ketchup z pszenno-żytnim chlebem Liski dla zapracowanych, który dla odmiany wyprodukowałam dzień wcześniej.

    niedziela, 17 lipca 2011

    Nie ma jak u Babci - leczo dokumentowane telefonem

    Dziś zaliczyłam spontaniczną wizytę u Babci Marysi. Oprócz tego, że zostałam nakarmiona jogurtową czekoladą, obejrzałam zdjęcia z życia rozrywkowego (mówię całkiem poważnie) chóru parafii Wniebowięcia NMP w Warszawie przy okazji wysłuchując paru uroczych komentarzy na ich temat.

    ...ale połowa nie chodzi: ta jest chora, ta nie żyje, ta jest leniwa...
    Tutaj takie rybki jesteśmy. (Babcia - czwarta pani od lewej)
    Usiadłam z Wiesią, bo ona taka modląca - gorzej by było trafić na kogoś, kto dużo gada. (w drugim rzędzie od przodu, po lewej stronie)
    Kiedy? Popatrz sobie na stół: jak jajeczko to Wielkanoc, jak śledzik to Boże Narodzenie, a jak nic z tych rzeczy to inna impreza.
    Próba z ulubionym organistą. Prawda jest taka, że i tak wszystkie starsze panie wzydychają jak nastolatki do Księdza Profesora przewracając oczami kiedy zbiera na tacę ;)
    Swoją drogą najfajniejsze było to, że trafiłam na moment masowej produkcji leczo, które stanowi nasz główny posiłek w sezonie cukiniowo-pomidorowym. Zawsze chciałam spisać przepisy Babci - na leczo, gołąbki, naleśniki (zwanymi przez Babcię plackami naleśnikowymi ;), ale nie jest to takie proste, bo jedyną słuszną metodą stosowaną w babcinej kuchni jest metoda na oko.

    Tak więc na leczo potrzeba (zdjęcia komórką, wybaczcie):

    tyle cebuli i papryki,
    tyle pomidorów,

    tyle cukinii,
    i tyle kiełbasy.
    Spróbuję podsumować.

    Składniki 
    • 4-5 cebul
    • 2 papryki
    • 7 pomidorów
    • 6 średniej wielkości  świerzych cukinii
    • 4-5 kiełbasek, które łatwo obierają się ze skórki
    • masło
    • czosnek
    • sól 
    Przygotowanie

    1) Posoloną cebulę dusić na maśle 3 minuty. W tym czasie pokroić papryki w kostkę, dodać do cebuli i dusić jeszcze 5 minut.
    2) W tym czasie obrać i pokroić kiełbasę. Cukinię tylko pokroić (w dużą kostkę), będzie bardziej chrupiąco i zdrowiej. Zagotować osoloną wodę w pojemnym garnku (tyle wody żeby przykryła mniej więcej połowę cukinii).
    3) Dorzucić kiełbasę do cebuli i papryki, dusić razem kolejne 5 minut.
    4) Do garnka z wrzącą wodą wrzucić cukinię, podgrzewać do ponownego zagotowania mieszając. Gotować jeszcze minutę, nie dłużej, bo cukinia rozmięknie.
    5) W tym czasie naciąć skórki pomidorów i umieścić je w żaroodpornym naczyniu.
    6) Cukinię, która gotowała się już minutę przecedzić przez sitko. Wrzątku z cukinii można (a nawet nałeży) użyć do sparzenia pomidorów.
    7) Pomidory obrać i pokroić, wrzucić do dużego garnkna. Tam połączyć z resztą składników: cebulą, papryką, kiełbasą i cukinią. Dusić jeszcze chwilę na małym ogniu, doprawić czosnkiem i solą do smaku.

    Można podawać z ryżem lub chlebem.


    Może przepis nie brzmi zbyt prosto, ale w rzeczywistości jest bardzo przyjemny. Jedyną wadą jest to, że do tej pory śmierdzę cebulą ;)

    czwartek, 14 lipca 2011

    Stejki Burneiki

    Wprawdzie nie chcemy rosnąć (przynajmniej w ten sposób w jaki najłatwiej urosnąć;), ale wzorem naszego idola, poszlismy z Konradem na stejki.
    Dla mniej zorientowanych w temacie małe przypomnienie (i mój ulubiony odcinek zarazem):


    Połączenie naszych planów i odpowiedniego kuponu na Grouponie zaskutkowało wyprawą do London Steak House. Można było trochę ponarzekać, bo ceny na stronie różnią się od tych w lokalu, ale mięcho samo w sobie było super.
    Miejsce całkiem przyjemne, jednak myślę, że wrócę tam dopiero jak będę obrzydliwie bogata. Albo i nie wrócę za karę za tę akcję z cenami ;)

    Co jedliśmy? Silroina (czyli polędwicę wołową), a ze względu na naszą wspólną słabość sos był oczywiście z gorgonzolą.



    A polędwica wg Brytyjczyków jest w tym miejscu, gdzie to żółte na środku krowy:



    Obrazek z książki "Zobacz jak sobie radzić - 500 instrukcji na różne okazje". Instrukcje bywają mniej lub bardziej przydatne, ale za to te niezbyt użyteczne bywają całkiem zabawne ;) No i ładnie wydana jest.

    I zdaliśmy sobie sprawę z jeszcze jednego faktu. W dziewiątą półrocznicę wytrzymywania ze sobą zjedliśmy najdroższego kotleta w życiu.

    wtorek, 5 lipca 2011

    Bób, spaghetti i wojna kulinarna

    Dziś w ramach zapasów lunchowych zabrałam ze sobą do laboratorium spaghetti z czerwonym pesto i pastą bobową. Przy okazji wsuwania zawartości pudełka dowiedziałam się o traumie z dzieciństwa koleżanki z labu - mianowicie była kiedyś przez mamę intensywnie faszerowana cieciorką ;)
    Dalej już poszedł łańcuch skojarzeń: jak cieciorka to ciecierzyca, jak ciecierzyca to humus (i falafel!). Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że w ruch poszła wszechwiedząca Wikipedia.

    Co najbardziej mnie urzekło to fakt, że humus może być przyczyną wojny. Oczywiście wojny kulinarnej. Jego przygotowanie stało się źródłem konfliktu pomiędzy Izraelem a Libanem. Nie wiedzieć czemu cała sytuacja wydaje mi się być nieco zabawna w kontekście dwóch konkurencyjnych humusiarni - Tel Avivu i Beirutu leżących tuż obok siebie, przy ulicy Poznańskiej w Warszawie.



    Nie wdając się w zbyt wiele szczegółów załączam przepis na pastę z bobu. Ilość pasty wystarcza chyba na tydzień dla czteroosobowej rodziny, więc proponuję jednak zrobić mniej ;) Nie testowałam, ale myślę, że z czystym sumieniem można zmniejszyć ilość bobu, a pozostałe składniki zostawić bez zmian (przemyślałabym tylko papryczkę chilli;).

    Składniki:
    • kilogram bobu
    • mały jogurt naturalny
    • 1/3 szklanki oliwy z oliwek + 2 łyżki do smażenia
    • papryczka chili
    • cebula
    • czosnek
    • 2 gałązki świeżego rozmarynu (prawie tak ważny jak bób!)
    • oregano (może być suszone)
    • sól
    1) Bób ugotować (około 10-20 minut) - wodę posolić mniej więcej w połowie gotowania.
    Dygresja: Całkiem ciekawy sposób na gotowanie znalazłam o tutaj, ale nie miałam okazji przetestować. Chodzi głównie o dodatek koperku, który rzekomo ma zapobiec "wiatrogennym" właściościom bobu ;)
    Na końcu odcedzić sitkiem i przelać zimną wodą.

    2) Obrać bób. Dobrym momentem jest dwudziestuparuminutowy serwis informacyjny - mi obieranie zajęło dokładnie tyle czasu ile trwają "Fakty" ;)

    3) Czosnek pokroić w cienkie plasterki, a cebulę wedle życzenia (i tak wszystko się zmieli). Na rozgrzaną patelnię wrzucić czosnek, zaraz potem cebulę (kiedy tylko uwolni się zapach czosnku). Wszystko dobrze posolić i dusić parę minut. Na koniec dodać pokrojoną papryczkę chili pozbawioną pestek. Można od razu skończyć smażenie.

    4) Zawartość patelni wrzucić do miski z bobem. Dodać oliwę, jogurt, liście rozmarynu, oregano, posolić do smaku.Wszystko dokładnie zblendować na gładką masę.
    Jeśli masa okaże się zbyt gęsta można ją rozrzedzić większą ilością jogurtu (wersja mniej kaloryczna) lub oliwą (wersja bardziej kaloryczna, ale aromatyczna;).

    Pasta z bobu najbardziej mi smakuje na chrupiących tostach, ale może mieć też inne wykorzystania. Tak jak pisałam na wstępie, dziś połączyłam ją z makaronem spaghetti. Do makaronu dodałam czerwonego pesto i posypałam całość parmezanem. Pastę (lekko podgrzaną, ale nie gorącą) ułożyłam obok.

    piątek, 20 maja 2011

    Muffiny "po włosku"

    Nie wiem co Włosi powiedzieliby na ten przepis, ale suszone pomidory, oliwki, tymianek i oliwa z oliwek tworzą na tyle charakterystyczne zestawienie, że muffiny nafaszerowane tymi składnikami można z pewnością nazwać włoskimi.
    I właśnie takie upiekłam.
    Inspiracją był przepis o stąd:
    http://mlynkiwkuchni.wordpress.com/2010/09/08/slona-wersja-muffinek/
    natomiast mój w dużej mierze się zmodyfikował.


    Składniki:
    • 70 g oliwek bez pestek
    • 40 g suszonych pomidorów
    • 50 g sera mozarella pokrojonego w kostkę
    • 50 g sera Brie pokrojonego w kostkę
    • 30 g sera Ementaler  pokrojonego w kostkę
    (Akurat takie sery miałam w lodówce - myślę, że w tej materii można pozostawić sobie sporo dowolności, np. wpakować w muffiny inne sery - jeśli ktoś woli mniej kalorycznie to w ogóle można ich dać mniej, ale muffiny będą trochę bardziej suche.)
    • 2 łyżeczki tymianku 
    • 2 szklanki mąki (350 g)
    • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
    • 2 jajka
    • szklanka mleka
    • 70g zalewy z suszonych pomidorów
    • 30g oliwy z oliwek
    (Proporcje między zalewą a oliwą są całkiem dowolne - po prostu zalewa ma posmak suszonych pomidorów, więc stanowi dodatkową przyprawę. Jeśli ktoś chciałby oszczędzić część oliwy może z powodzeniem zastąpić olejem.)
    • tłuszcz do formy (ja użyłam silikonowych foremek, których na szczęście nie trzeba smarmować)
    • sól
    Wykonanie:
    • Jaja wymieszać z mlekiem, zalewą z suszonych pomidorów, oliwą i solą.
    • Mąkę przesiać do miski, wymieszać z proszkiem do pieczenia. Dodać oliwki, pokrojone suszone pomidory, ser i tymianek.
    • Do składników suchych dodać składniki wilgotne. Wymieszać łyżką.
    • Formę do mufinek w razie potrzeby wysmarować tłuszczem, napełnić masą do ¾ objętości. Piec 20 – 25 minut w 210 stopniach (czasem mam wrażenie, że mój pierkarnik trochę zawyża temperaturę, więc ja upiekłam w 180-190 stopniach).
    Przy okazji dowiedziałam się czym się różnią muffiny od babeczek! Składników muffinów (w przeciwieństwie do babeczek) nie trzeba tak dokładnie mieszać. W związku z tym nie potrzebujemy miksera - wystarczy łyżka. Dzięki temu otrzymujemy lekko "grudkowatą" strukturę muffinów, a przy okazji przepis staje się jeszcze prostszy!
    Smacznego!