Teraz coś dla równowagi z warzywnymi koktajlami z poprzedniego wpisu.
Dzień Taty nadciąga wielkimi krokami, a który mięsożerny ojciec nie chciałby dostać t-bona? Chociażby na papierze, ale z wyrazem miłości! Swoje steaki przewiązałam sznurkiem niczym mięso garmażeryjne!
Uwaga, uwaga! To wszystko można nabyć! Szczegóły na dole :)
Tym, których nieco przeraża organiczna forma, pozostaje ojcowskie piwo :)
Wersji bardziej poprawnej politycznie chyba nie przewiduję. ;)
I część z reklamą, którą odgrażałam się na górze:
1) Zapraszam na funpage na Facebooku!
(można składać zamówienia przez wiadomości)
2) Fusherkowe kartki siedzą też w innych zakamarkach Interenetu:
Wygląda na to, że w kontekście wiosennych charytatywnych zrywów nie odstaję od normy. Chciałabym więc zaprosić wszystkich Warszawiaków, tych z okolic czy będących przejazdem, a szczególnie lumpeksoholików do udziału w Ciuchowisku, które organizuje fundacja Psy Niczyje. Można oddać część zawartości swojej szafy na rzecz psów (i nie łudzić się więcej, że uda się jeszcze w te ubrania zmieścić;) albo kupić coś fajnego. Szczegóły na plakacie.
Tylko dzień przed tłustym czwartkiem proszę panią w nabiałowej budce pod Halą Banacha o kostkę smalcu, kostkę Planty, kostkę masła i olej ;) Pani ekspedientka trochę się uśmiała, ale wszystko czego potrzebowałam wylądowało w siatce.
Zeszłoroczne pączki zupełnie mi nie wyszły i nie wiedzieć czemu, zamiast zacząć od najprostszej wersji przepisu, zabrałam się za opcję przekombinowaną. Ale dobrą! I na szczęście wszystko wyszło ;)
Składniki:
1/2 kg mąki pszennej
40 g świeżych drożdży
4 żółtka
1 jajko
40 g cukru pudru
szczypta soli
60 g sklarowanego masła
250 ml mleka
łyżeczka skórki otartej z cytryny
1/2 kieliszka spirytusu
kieliszek syropu orszadowego (odrobina aromatu migdałowego też będzie ok)
Dodatki:
marmolada różana jako nadzienie
lukier (cukier puder + woda) jako polewa
posiekane słodkie migdały jako posypka
Do smażenia - mikstura zagłady Mamy Agnieszki G.:
1 kostka smalcu
1 kostka Planty
1 szklanka oleju
Wykonanie:
W 2 łyżkach ciepłego mleka rozprowadzamy pokruszone drożdże i 1/2 łyżeczki cukru, odstawiamy do wyrośnięcia.
Mąkę przesypujemy do miski, zalewamy wrzącym mlekiem i rozcieramy do uzyskania jednolitej masy.
Do ciepłej (nie gorącej!) masy dodajemy drożdże, ucieramy i stawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.
Żółtka i jajko ucieramy z cukrem pudrem na gęsty krem.
Do lekko wyrośniętej (ja nie czekałam za długo) masy drożdżowej dodajemy ubite żółtka, skórkę z cytryny, spirytus, sól i orszadę (aromat migdałowy). Wszystko wyrabiamy, dodajemy resztę mąki i wyrabiamy jeszcze 5 minut.
Wlewamy płynne masło i znów wyrabiamy aż tłuszcz zostanie wchłonięty.
Odstawiamy w ciepłe miejsce, przykrywamy ściereczką do momentu gdy ciasto podwoi objętość (u mnie była to niecała godzina).
Od wyrośniętego ciasta odrywamy kawałki, które rozpłaszczamy na nasmarowanej tłuszczem (np. olejem) dłoni, nakładamy marmoladę i zalepiamy pączka. Układamy na posypanej mąką stolnicy albo macie silikonowej.
Kiedy pączki lekko wyrosną (około 20 minut), rozgrzewamy tłuszcz.
Do gorącej mieszaniny wkładamy pączki. Z jednej strony smażymy pod przykryciem, z drugiej już bez pokrywki.
Po smażeniu odsączamy na bibule.
Wystudzone pączki smarujemy lukrem i posypujemy siekanymi migdałami.
Smacznego paczonego!
Bazę do przepisu zaczerpnęłam ze Słodkiej Kuchni Polskiej.
Z cyklu co chciałabym dzisiaj zjeść i gdzie chciałabym dzisiaj być: sfogliatelle w Neapolu!
Zauważyłam, że Neapolitańczycy wolą wgryzać się w pojedyncze ciasteczka niż kawałki większych ciast. Może tak łatwiej zagryźć małe espresso wypite jednym łykiem? A może jest jakiś inny powód, który ktoś mi uświadomi? ;)
Z pewnością w Neapolu na kulinarnym tronie zasiada sfogliatelle - nazwa ciastka oznacza wiele warstw lub liści. Zdacydowanie bardziej podoba mi się druga opcja, pewnie przez lekko biologiczne (w tym lekko botaniczne, choć trudno w to uwierzyć) skrzywienie.
Produkcja liściastego ciastka nieco przypomina mi wykonanie ciasta francuskiego. Z resztą film, na którym surowe ciasto rozciągane jest do granic niemożliwości hipnotyzuje mnie do dziś mimo swojej kiepskiej jakości :) Sfogliatelle z zewnątrz jest chrupiące a w środku kryje serowe nadzienie. Tęskni mi się do Neapolu.
Miłego (tygo)dnia!
PS. I tak jak Anthony dodaje w komentarzach: w Neapolu można znaleźć dwa rodzaje sfogliatelli: frolla (krucha) i riccia (u mnie na zdjęciu jest riccia). Obie nadziewane są mieszanką ricotty i ugotowanej na mleku semoliny lub mąki pszennej durum. Z resztą odsyłam do właściwego posta. :)
Odgrzewam przepis, który lata temu dostałam od koleżanki. Oto piernik adwentowy, który dojrzewa 2-3 tygodnie, dlatego jego produkcję warto zacząć już teraz. Niegdyś testowany, z sukcesem.
Póki co zamieszczam sam przepis, bo pokazywanie efektu już po Świętach chyba nikogo nie ucieszy. No, chyba że będzie inspiracją w przyszłoroczne Boże Narodzenie ;)
Pełen oldschool! Zwłaszcza wstęp.
Przepis można powiększych otwierając zdjęcie na nowej karcie.
Praktycznie w każdym zakątku świata można wygrzebać jakiś wykaz potraw, które uznawane są za afrodyzjaki. Ale czy afrodyzjakiem nie jest każdy rodzaj dobrego jedzenia? ;)
Wczoraj zaliczyłam niedzielny spacer po Neapolu - dokładniej po kilku ulicach, które dość spontanicznie przerodziły się w targ. Z drugiej strony wszystko tu wygląda na spontaniczne. W każdym razie miejsce znajdowało się raczej z dala od turystów, za to wśród mnóstwa głośnych neapolitańczyków. Z dziećmi czy tam bez, zmotoryzowanych, pieszych, starych i młodych, ale zawsze krzyczących i w większości po mszy, kawie oraz ciastku.
Lista upolowanych produktów była dość długa, ale na samej jej szczycie figurowały małże - vongole. Prosto z zatoki i całkiem tanie ;) Ani ja, ani mój Konrad nie jesteśmy w temacie jeśli chodzi o owoce morza, ale wspomagani paroma tutorialami z YouTube i googlowymi przepisami całkiem dobrze daliśmy sobie radę. I teraz możemy mówić, że jesteśmy tacy fajni i obżeramy się frutti di mare.
Kolory, flesz i brudna ściana
Składniki (porcja na 2 głodomory albo na 3-4 normalne osoby):
1/2 kg vongoli
1/3 kg pomidorków koktailowych
250 g makaronu spaghetti
3-4 ząbki czosnku
1/2 szklanki białego wytrawnego wina
kilka gałązek natki
troszkę chilli w proszku (świeżym pewnie nikt nie pogardzi)
troszkę soli morskiej
troszkę pieprzu
troszkę oliwy z oliwek
Ziarno jak ta lala, ale też gotowe danie
Wykonanie:
Małże chwilę namoczyć w posolonej wodzie, a potem opłukać, odcedzić. Otwarte małże wyrzucić.
Rozgrzać garnek z odrobiną oliwy. Włożyć małże i przykryć. Pozostawić na średnim ogniu aż do całkowitego otwarcia wszystkich muszelek (około 2-5 minut).
W tym czasie posiekać czosnek na plasterki, przekroić na pół pomidorki i porwać liście natki.
Sitko wyłożyć ręcznikiem kuchennym (nam się przydał nieperfumowany papier toaletowy;) i przez taką konstrukcję przecedzić soki, które podczas duszenia puściły małże (żeby pozbyć się piasku itd.). Podobno przecedzona mikstura jest esencją dania. Małże odstawić na bok.
W osobnym garnku wstawiamy wodę na spaghetti.
Na rozgrzanej (dużej) patelni na oliwie krótko podsmażyć czosnek (do momentu kiedy będzie czuć pierwszy aromat), dodać odrobinę chilli pamiętając o tym, że wydobywamy smak małży, a nie wypalamy sobie języki ;)
Na patelnię wsypujemy małże, zalewamy białym winem, zostawiamy na średnim ogniu aż do odparowania (około 5 minut) od czasu do czasu mieszając.
Dodajemy pomidorki, dodajemy szczyptę soli (małże są przecież morskie, więc nie trzeba za dużo), odrobinę pieprzu i czekamy jeszcze chwilę.
Kiedy woda w osobnym garnku się zagotuje, dodajemy trochę soli i wsypujemy makaron. Gotujemy al dente.
Do małży dolewamy przecedzoną miksturę i smażymy jeszcze chwilę żeby odparować wodę.
Kiedy spaghetti będzie ugotowane, odcedzamy makaron na sitku i zestawiamy sos z małżami z ognia. Spaghetti dodajemy do sosu, mieszamy, nakładamy na talerze.
Nic tylko wsuwać i delektować się afrodyzjakiem ;)
Włosi podobno jedzą to tak, że wydłubują widelcem małże do makaronu, a muszelki wylizują i wyrzucają na inny talerz.
Tak w ogóle szczerze polecam spontaniczne gotowanie na wyjazdach! ;)
Kiedy jesień pokazuje swoje zimne oblicze, lubię usiąść w ciepłym mieszkaniu z gorącym kubkiem czegoś dobrego. Do tej pory na rozgrzewkę nie do zastąpienia był napój imbirowy: łyżka miodu, trochę cytryny i parę plasterków imbiru.
Jednak odkąd w moim domu nastąpiła era kandyzowanych śliwek (na prawdę warto się na nie wysilić), wszystko się zmieniło! Połączenie śliwkowego zapachu z aromatem owoców pigwowca dodaje imbirowemu napojowi czwartego wymiaru ;)
Składniki:
jednen mały pokrojony owoc pigwowca (lub kawałek większego)
3 łyżki zalewy z kandyzowanych śliwek (można dodać mniej)
trzy plasterki imbiru
trochę wyciśniętej cytryny (około łyżeczki)
Oczywiście ilość składników zależy tylko i wyłącznie od upodobania, więc można z nimi poeksperymentować. Wykonanie jest najprostsze na świecie: imbir i pigwę zalać wrzątkiem. Dodać zalewę ze śliwek i wymieszać. Na koniec dodać cytrynę i wymieszać raz jeszcze.
Chciałabym zrobić wszystko na raz: przeczytać trzy nowe książki, gotować, piec, coś narysować, przymontować koszyk do roweru (od roku się za to zabieram), pobawić się maszyną do szycia, oglądać teledysk Beiruta.
Za parę z tych rzeczy nawet się zabrałam, ale ostatecznie w pełni zrealizowałam tylko ostatni punkt. Uwielbiam beirutowy Elephant Gun! Piosenkę samą w sobie, ale też teledysk. Mam wrażenie, że producent podczas realizacji projektu czytał po kątach Sklepy Cynamonowe i mimochodem czerpał z magii tego, co napisał Bruno Schulz. Poza tym wszystkim Beirut w takim wydaniu jakoś dobrze wpasowuje się w mój podejrzanie tkliwy jesienny nastrój.
W międzyczasie przeglądam też Lawendowy Dom, który kolega podesłał mi przy okazji przepisu na gniocchi z dynią. Porwałam się dziś nawet na ich realizację, ale w efekcie wyszły mi przytwarde kopytka. Oprócz tego na stronie 22 znalazłam artykuł o zapachach. Czy bardziej podróżach. W każdym razie w ten sposób dowiedziałam się o bułgarskiej Dolinie Róż i poczułam, że znów tak bardzo chciałabym gdzieś wyjechać.
Dygresje dygresjami - wprawdzie kopytkogniocchi nie wyszły jak należy, ale ciągle mam w zanadrzu przepis na dżem dyniowy, właściwie dyniowo-grejfrutowy. Jest słodko-gorzki. Inspiracja, jak to u mnie często bywa, przybyła z bloga Liski.
I tu wracam do Elephat Gun. Podobnie jak w piosenka, sama dynia wprowadza mnie w jesień - z resztą do dość oczywiste, bo przecież mamy sezon na to warzywo. Grejfruty, tamandarynowiec (lub imbir) i przyprawy dodają szczyptę magii do pomarańczowej masy. Można by się zdziwić ile wspólnego ma Beirut z gotowaniem ;)
Składniki:
1,5 kg dyni
2 grejfruty
2 cytryny
700 g cukru
1,5 łyżeczki cynamonu
8 goździków
5 cukierków z tamandarynowca (Nie miałam imbiru pod żadną postacią, więc tym dodałam ostrości. Myślę, że jeśli ktoś nie ma kandyzowanego albo tym bardziej cukierków z tamandarynowca, najzwyczajniej wystarczy jakieś 1,5 łyżki obranego i drobno pokojonego kłącza imbiru.)
Wykonanie:
1) Dynię obrać, pokroić na małe 1 cm kawałki. 2) Grejfruty dokładnie obrać, pozbawić pestek. Całą cytrynę pokroić na kawałki, również odpestkować. Wszystko zblendować. 3) Kawałki dyni zasypać 500 g cukru i zalać cytrusową papką. Wymieszać. 4) Odstawić na noc pod folią spożywczą. 5) Następnego dnia odlać większość soku (całkiem dobry jako dodatek do herbaty), dosypać pozostałe 200 g cukru (można mniej), dodać goździki. 6) Gotować około godziny aż dżem zgęstnieje i będzie przezroczysty. Żeby pomóc większym kawałkom dyni, które nie chciały dość do siebie, potraktowałam je tłuczkiem do ziemniaków w czasie gotowania ;) 7) W międzyczasie otrzeć skórkę z cytryny i wycisnąć z niej sok. 8) Kiedy dżem będzie prawie gotowy dodać cynamon, cukierki z tamandarynowca (lub imbir), sok i skórkę otartą z cytryny. Wymieszać. 9) Nakładać jak najgorętszy do czystych i szczelnych słoików. Słoiki postawić na zakrętkach do ostygnięcia.
Oprócz tego, że mam dobre kanapki, już wiem z czym będę piekła muffiny zimą ;) Smacznego!
Wszem (i) wobec (i każdemu z osobna) ogłaszam, że rozpoczynam nowy rozdział - rodział życia z maszyną do szycia! Pewnie też nikogo nie zdziwi, że z całego zestawu najbardziej ucieszył mnie pomidorek (z dziwnym dyndadełkiem) na szpilki dołączony gratis.
A propos pomidorów. Sezon w pełni. Słyszałam w prawdzie, że w tym roku jest drożej przez to, że zamiast lipca mamy lipcopad (moje ulubione określenie tego miesiąca zasłyszane w Trójce!), ale w sobotę pod Halą Banacha dało się kupić pomidory już za 1,20 zł za kilogram. A że tych pomidorów kupiłam 5 kilogramów, na niedzielę przypadła produkcja ketchupu.
Przepis zapożyczyłam z Wiem co jem, dokładniej (i o dziwo) z odcinka o parówkach. Parę kroków zmieniłam, żeby było szybciej.
Składniki:
5 kg pomidorów
4-5 cebul
8 ziarenek pieprzu
1/3 szklanki octu winnego
4 łyżki octu balsamicznego
8 ziarenek ziela angielskiego
4 liście laurowe
2 łyżki soli
15 dag cukru
1 główka czosnku (w końcu mogę gdzieś dodać całą główkę!;)
Wykonanie:
Produkcję rozłożyłam na 2 garnki.
1) Pokrojone pomidory oraz cebulę posolić i rozgotować przez czterdzieści minut bez przykrycia. 2) Przecierać na raty przez sito do innego naczynia. 3) Po przetarciu całość postawić z powrotem na gaz, dodać pieprz, ocet, ziele angielskie, liście laurowe i cukier (wszystko co zostało oprócz czosnku). 4) Gotować 3 godziny na wolnym ogniu (do odpowiedniej konsystencji). 5) Na końcu wcisnąć czosnek. 6) Gorący ketchup rozlać do słoików. Zawekować.
Żeby ukrócić sobie trochę cierpień przy przecieraniu polecam wcześniej sparzyć pomidory i obrać je ze skórek.
Jeśli się jest mną, można się spodziewać pomidorów na ścianach i suficie oraz poparzeń dłoni spowodowanych strzelającymi słoikami. Pocieszające jest to, że po dwóch godzinach od katastrofy da się już zginać palce ;)
Wszystko jednak rekompensuje mega-ketchup z pszenno-żytnim chlebem Liski dla zapracowanych, który dla odmiany wyprodukowałam dzień wcześniej.
Ostatnio przez VOD mocno wciągnęłam się w serial pod tytułem Wiem co jem. W całkiem przyjemny i przystępny sposób można dowiedzieć się, czego szukać na etykietach produktów spożywczych oraz co się z nimi dzieje zanim trafią do sklepu. Czasem trzeba tylko przecierpieć żarty prowadzącej, zwłaszcza te, w których przebiera się za innych ludzi i nadużywa słowa złociutka.
Wczoraj obejrzałam odcinek o parówkach - dość oklepany wątek, ale za to przypomniał mi pewien osobliwy fakt, na który jakiś czas temu ktoś mi zwrócił uwagę. Chodzi o sklepowe sąsiedztwo parówek o różnych zawartościach.
Krążą plotki, że Afgańczycy zakochali się w polskich krówkach. Podobno w tych kruchych, nie ciągutkach, ale tylko dlatego, że te drugie nie dojeżdżają do Agfanistanu - wszak żeby krówka się ciągnęła musi być świeża. Na spróbowanie obydwu rodzajów cukierków Afgańczycy mogą jednak mieć nadzieję, bo miejscowi "przedsiębiorcy" ponoć dość intensywnie podrabiają krówki z Milanówka. Nie wiem z jakim skutkiem.
Trudno powiedzieć co było przyczyną a co skutkiem, ale w związku z afgańską miłością, polscy żołnieże rozdają cukierki w moro-papierkach miejscowym, tak dla zacieśnienia więzi ;) Jak można przeczytać na połowie portali informacyjnych, z tego powodu MON zamówiło 10 ton krówek za równowartość 200 tysięcy złotych.
U mnie w domu by się nie zmarnowały.
Aby uczcić kolejny element polskiej kultury w kolejnym zakątku świata, skorzystałam (nikogo to nie zdziwi) z przepisu Liski. Połączyłam w nim krówki (z Milanówka!) z malinami, których ekspansję można obserwować niekoniecznie w Afganistanie, ale z pewnością pod Halą Banacha.
Przepis sam w sobie nieco zmieniony - głównie po to żeby zagęścić ciasto.
Składniki
2 jajka
1/3 szklanki cukru trzcinowego
4 łyżki płatków owsianych
szklanka i 2 łyżki mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
200 g jogurtu naturalnego lub kefiru
80 g stopionego masła
180 g krówek, bardzo drobno posiekanych
1/3 pojemnika malin
Wykonanie
1)Jajko wymieszać w misce z cukrem, jogurtem i masłem. 2) Dodać mąkę, płatki owsiane i proszek. Wymieszać. 3) Dodać połowę krówek, połączyć z masą. 4) Wsypać maliny i delikatnie wymieszać. 5) Piekarnik nagrzać do 180 st C. 6) Masą wypełniać foremki maksymalnie do 2/3 ich wysokości . 7) Na wierzch wsypać resztę krowek i wstawić do piekarnika na 30-35 minut.
Muffinki powiny być złocisto-brązowe.
Przygotowanie zajmuje niecałą minutę. Bardzo skutecznie zastąpiło mi dziś ukochany zestaw: Nestle Fitness, jogurt naturalny, banany i gruszki w jednej misce.
płatki Nestle Chocapic (albo biedronkowy ekwiwalent w moim przypadku;)
Nie wiem czy instrukcja będzie komukolwiek potrzebna. Just in case:
przełożyć maliny do miseczki i zalać pierniczkowym jogurtem. Posypać płatkami, potem zjeść wydając z siebie głośne om nom nom nom.
Wprawdzie nie chcemy rosnąć (przynajmniej w ten sposób w jaki najłatwiej urosnąć;), ale wzorem naszego idola, poszlismy z Konradem na stejki.
Dla mniej zorientowanych w temacie małe przypomnienie (i mój ulubiony odcinek zarazem):
Połączenie naszych planów i odpowiedniego kuponu na Grouponie zaskutkowało wyprawą do London Steak House. Można było trochę ponarzekać, bo ceny na stronie różnią się od tych w lokalu, ale mięcho samo w sobie było super.
Miejsce całkiem przyjemne, jednak myślę, że wrócę tam dopiero jak będę obrzydliwie bogata. Albo i nie wrócę za karę za tę akcję z cenami ;)
Co jedliśmy? Silroina (czyli polędwicę wołową), a ze względu na naszą wspólną słabość sos był oczywiście z gorgonzolą.
A polędwica wg Brytyjczyków jest w tym miejscu, gdzie to żółte na środku krowy:
A piątek pod znakiem warszawskiego maratonu. Trochę szwankuje mi chronologia, ale co tam.
Wszystko zaczęło się od spontanicznego zaklepania wizyty u mojej fryzjerki na Pradze. Oczywiście byłoby zbyt piękne gdybym pojechała tam prosto z Ochoty. Wcześniej musiałam odstawić rower na Okęcie - w końcu zapowiadali (całkiem trafnie) ulewy na popołudnie.
Ulewa, a właściwie megaburza (standardowo) zaczęła się tuż po moim wyjściu z praskiego salonu. Oczywiście moja fryzura pod wpływem deszczu od razu zmieniła kształt z ładnego na naturalny ;)
Po jakiś 20 minutach, które spędziłam pod kładką deszcz się nieco uspokoił, więc ruszyłam (mniej więcej) w stronę ronda Wiatraczna. Miałam oglądać staniki. Ne uciekłam jednak przed przeznaczeniem i po (nieco przypadkowej) wycieczce przez rozpadające się kamienicie, blokowiska i oczywiście mnóstwo kałuż, wylądowałam (uwaga uwaga) w lumpeksie! I to JAKIM!
Jako że ostatnio oszczędzam, ograniczyłam się do jednej sukienki ;) O takiej:
Teraz już tylko trzy godziny czekania aż moja Asia skończy pracę, dostanie się w okolice Starówki i da się wyrollować rollenami.
Na początek Du-za-mi-ha i "zagryzanie" czasu. Potem książka (znów o jedzeniu!). Tutaj zatrzymam się i wystosuję rozpaczliwy apel: niech ktoś znajdzie we mnie przycisk "STOP wydawaniu pieniędzy". Na prawdę będę wdzięczna.
Niestety/na szczęście to nie był koniec odchudzania mojego konta, ponieważ w końcu odebrałam wyrollowaną rollenami Asię. Wszędze naokoło (a tym bardziej w naszych butach) było tak mokro, że wylądowałyśmy na starówkowych goferach z dżemorem. Oficjalny powód - możliwość wysuszenia stóp. Stopy może wyschły, ale buty nie. Za to gorfry z bitą śmietaną i owocami to jest to ;)
W zestawieinu z rollenami Asi nasze "suszenie stóp" było dość obłudne, ale nikt nie powiedział, że łatwo jest być kobietą.
No, ale wcale nie to było kulminacyjnym punktem wieczoru. Zamysł był taki, że Asia zabiera mnie do The Mexican na arbuzową margaritę. Nie dość, że drink ogromny i przepyszny to jeszcze tuż przy naszym stoliku grał meksykański zespół (panowie są na prawdę z Peru, pytałyśmy). Na środku dziedzińca chlupała przyjemnie kiczowata fontanna ze sztucznymi liliami i od czasu do czasu kelner przebrany za Zorro robił wieś biegając z ciastem ;)
No i od czasu do czasu ktoś potańcował - test aparatu Asi ;)
I jak to często bywa w moim przypadku - zakochałam się w łazience, zwłaszcza ręcznie szkliwionych umywalkach. Chociaż tak na prawdę marzy mi się meksykańska kuchnia.
Co do The Mexican to szczerze bardzo bardzo polecam na letnie wieczory!
Dziś w ramach zapasów lunchowych zabrałam ze sobą do laboratorium spaghetti z czerwonym pesto i pastą bobową. Przy okazji wsuwania zawartości pudełka dowiedziałam się o traumie z dzieciństwa koleżanki z labu - mianowicie była kiedyś przez mamę intensywnie faszerowana cieciorką ;)
Dalej już poszedł łańcuch skojarzeń: jak cieciorka to ciecierzyca, jak ciecierzyca to humus (i falafel!). Nikogo pewnie nie zdziwi fakt, że w ruch poszła wszechwiedząca Wikipedia.
Co najbardziej mnie urzekło to fakt, że humus może być przyczyną wojny. Oczywiście wojny kulinarnej. Jego przygotowanie stało się źródłem konfliktu pomiędzy Izraelem a Libanem. Nie wiedzieć czemu cała sytuacja wydaje mi się być nieco zabawna w kontekście dwóch konkurencyjnych humusiarni - Tel Avivu i Beirutu leżących tuż obok siebie, przy ulicy Poznańskiej w Warszawie.
Nie wdając się w zbyt wiele szczegółów załączam przepis na pastę z bobu. Ilość pasty wystarcza chyba na tydzień dla czteroosobowej rodziny, więc proponuję jednak zrobić mniej ;) Nie testowałam, ale myślę, że z czystym sumieniem można zmniejszyć ilość bobu, a pozostałe składniki zostawić bez zmian (przemyślałabym tylko papryczkę chilli;).
Składniki:
kilogram bobu
mały jogurt naturalny
1/3 szklanki oliwy z oliwek + 2 łyżki do smażenia
papryczka chili
cebula
czosnek
2 gałązki świeżego rozmarynu (prawie tak ważny jak bób!)
oregano (może być suszone)
sól
1)Bób ugotować (około 10-20 minut) - wodę posolić mniej więcej w połowie gotowania. Dygresja: Całkiem ciekawy sposób na gotowanie znalazłam o tutaj, ale nie miałam okazji przetestować. Chodzi głównie o dodatek koperku, który rzekomo ma zapobiec "wiatrogennym" właściościom bobu ;)
Na końcu odcedzić sitkiem i przelać zimną wodą.
2) Obrać bób. Dobrym momentem jest dwudziestuparuminutowy serwis informacyjny - mi obieranie zajęło dokładnie tyle czasu ile trwają "Fakty" ;)
3)Czosnek pokroić w cienkie plasterki, a cebulę wedle życzenia (i tak wszystko się zmieli). Na rozgrzaną patelnię wrzucić czosnek, zaraz potem cebulę (kiedy tylko uwolni się zapach czosnku). Wszystko dobrze posolić i dusić parę minut. Na koniec dodać pokrojoną papryczkę chili pozbawioną pestek. Można od razu skończyć smażenie.
4) Zawartość patelni wrzucić do miski z bobem. Dodać oliwę, jogurt, liście rozmarynu, oregano, posolić do smaku.Wszystko dokładnie zblendować na gładką masę.
Jeśli masa okaże się zbyt gęsta można ją rozrzedzić większą ilością jogurtu (wersja mniej kaloryczna) lub oliwą (wersja bardziej kaloryczna, ale aromatyczna;).
Pasta z bobu najbardziej mi smakuje na chrupiących tostach, ale może mieć też inne wykorzystania. Tak jak pisałam na wstępie, dziś połączyłam ją z makaronem spaghetti. Do makaronu dodałam czerwonego pesto i posypałam całość parmezanem. Pastę (lekko podgrzaną, ale nie gorącą) ułożyłam obok.
Czym się różni paczka gum do żucia Konrada od paczki gum do żucia Agaty?
Konrad przycina swoją paczkę nożyczkami, kiedy otwiera ją po raz pierwszy.
Co gorsza uświadomiłam dziś sobie, że lubi porządek, a nie sprzątać - to niestety dużo zmienia w kontekście mojej miłości do tworzenia chaosu i nienawiści do sprzątania ;)
Dzsiejsze zdjęcie sernika na moim zagraconym biurku zainspirowało mnie do sporządzenia dokumentacji (nocnej i ziarnistej, więc i niebyt profesjonalnej) mojego stanowiska "pracy". Tak więc obnażam swoją prywatność wrzucając poniżej bardzo osobiste zdjęcie.
Nie wiem czy powinno martwić mnie to, że z wieczornego zamulania wyciągnęło mnie dopiero podpisywanie syfu (bardziej poprawnie politycznie: chaosu) na moim biurku.
Powinnam z resztą dorzucić serie "Parapet", "Łóżko za dnia", "Pod łóżkiem", "Biblioteczka" i "Stolik nocny" - byłyby równie efektowne.
2.
Sernik przegryzany świeżymi truskawkami jest obłędny - szczególnie ten upieczony ze startą skórką cytrynową!
Tak, to w tle i pod miską to moje biurko - im bardziej zagracone, tym lepiej dla mojego zdrowia psychicznego.
W ogóle nie rozumiem jak to jest, że raz w miesiącu kiedy jestem najbardziej napuchnięta i boli mnie brzuch, jestem jeszcze w stanie napchać się taką ilością słodyczy. Ba, jestem w stanie je upiec, mimo że normalnie umierałabym w łóżku ;)