Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 listopada 2012

Poniedzialek vs. belgijskie czekoladki

Poniedziałki na ogół nie stanowią dla mnie traumy, bo w moim przypadku są wolne. Reszta dni w sumie też  mnie jakoś nie dotyka, bo lubię swoją pracę. Nie trudno jednak wyczuć w powietrzu ogólnonarodowy wisielczy nastrój spowodowany poweekendowym powrotem do standardowych zajęć. Do tego w Polsce jak to w Polsce ciśnienie zawsze za niskie. Albo za wysokie (dziś za wysokie). Kawa za kwaśna, pogoda zbyt szara, za dużo ludzi w tramwaju, no i zimno. Więc spać się chce. I nawet ponarzekać nie można.

W razie wisielczego nastroju należy wysłać swojego złotego mężczyznę po belgijskie czekoladki - jak to zrobić?
  1. Wysłać siostrę chłopaka do Brukseli.
  2. Wysłać chłopaka w odwiedziny do siostry.
  3. Sprawić żeby wiedział, że uwielbiasz czekoladę.
  4. Czekać.
  5. Zajadać.
Ale przejdźmy do meritum sprawy. Przecież nie chodzi mi o to żeby zachwycać się zrzędliwą twarzą polskości ale żeby pochwalić się tym co dostałam ;)

Proszę:


Wiem, że niektórzy nieco bardziej czyszczą produkty spożywcze przed ich fotografowaniem , no ale bez przesady - czekoladki są do jedzenia, nie fotografowania.
Dziękuję :)

piątek, 24 sierpnia 2012

Idziemy na piknik!

Podobno robi się piknik. Albo idzie się na piknik. Ja zjadam piknik. Organizacja trochę się komplikuje, kiedy do najbliższego sklepu są dwa kilometry, a jedyny rower darzy się ograniczonym zaufaniem. Ale czego się nie znajdzie w lodówce, szafce i owocowo-warzywnym koszyku.









niedziela, 24 lipca 2011

Stadion Prawie-Narodowy

Co z tego, że tłumy, i że jeszcze pewnie nie raz wyłądujemy tam na jakimś koncercie (hm, meczu?). Zgodnie z jednym z pierwszych praw polskiej mentalności - jest za darmo, to iść trzeba. Tak wylądowaliśmy na zwiedzaniu warszawskiego Stadionu Narodowego, chociaż nie wiem czy w ogóle mogę go tak nazywać. Podobno Narodowym może się nawywać tylko Stadion Śląski, bo taki status nadał mu PZPN w 1993 roku. Ale już nie będę udawać, że się znam.

Oto ON! Widok z mostu Poniatowskiego.
Na telebimach (jeszcze na ziemi) dość samczykowy (czyt. uderzający głównie w męskie serca i umysły) filmik na temat Stadionu.
Było dość rodzinnie. I zdjęcia były. 
Wszechobecne polskie akceny i akcenty przedsiębiorczości Polaków (tych przed Stadionem) zarazem.
Nawet dziura w dachu jest fajna.
Samoloty też latały, a na budowie warto nosić kask.
Były ulotki, za jedną z nich Konrad, a za Konradem trybuny do testowania. Fotele wyglądały na całkiem wygodne, ale kolejka do nich wydawała się nie mieć końca. Odpuściliśmy.
Chorągiewki dość szybko rozpełzy się po Warszawie, a przynajmniej po jej centrum.
Jednak zmęczenie dopada nawet po darmowych przyjemnościach, a wyjść nie tak łatwo. W końcu się udaje. Kolejny przystanek to wietnamskie jedzenie, ale to długa (i osobna) historia.

niedziela, 17 lipca 2011

Nie ma jak u Babci - leczo dokumentowane telefonem

Dziś zaliczyłam spontaniczną wizytę u Babci Marysi. Oprócz tego, że zostałam nakarmiona jogurtową czekoladą, obejrzałam zdjęcia z życia rozrywkowego (mówię całkiem poważnie) chóru parafii Wniebowięcia NMP w Warszawie przy okazji wysłuchując paru uroczych komentarzy na ich temat.

...ale połowa nie chodzi: ta jest chora, ta nie żyje, ta jest leniwa...
Tutaj takie rybki jesteśmy. (Babcia - czwarta pani od lewej)
Usiadłam z Wiesią, bo ona taka modląca - gorzej by było trafić na kogoś, kto dużo gada. (w drugim rzędzie od przodu, po lewej stronie)
Kiedy? Popatrz sobie na stół: jak jajeczko to Wielkanoc, jak śledzik to Boże Narodzenie, a jak nic z tych rzeczy to inna impreza.
Próba z ulubionym organistą. Prawda jest taka, że i tak wszystkie starsze panie wzydychają jak nastolatki do Księdza Profesora przewracając oczami kiedy zbiera na tacę ;)
Swoją drogą najfajniejsze było to, że trafiłam na moment masowej produkcji leczo, które stanowi nasz główny posiłek w sezonie cukiniowo-pomidorowym. Zawsze chciałam spisać przepisy Babci - na leczo, gołąbki, naleśniki (zwanymi przez Babcię plackami naleśnikowymi ;), ale nie jest to takie proste, bo jedyną słuszną metodą stosowaną w babcinej kuchni jest metoda na oko.

Tak więc na leczo potrzeba (zdjęcia komórką, wybaczcie):

tyle cebuli i papryki,
tyle pomidorów,

tyle cukinii,
i tyle kiełbasy.
Spróbuję podsumować.

Składniki 
  • 4-5 cebul
  • 2 papryki
  • 7 pomidorów
  • 6 średniej wielkości  świerzych cukinii
  • 4-5 kiełbasek, które łatwo obierają się ze skórki
  • masło
  • czosnek
  • sól 
Przygotowanie

1) Posoloną cebulę dusić na maśle 3 minuty. W tym czasie pokroić papryki w kostkę, dodać do cebuli i dusić jeszcze 5 minut.
2) W tym czasie obrać i pokroić kiełbasę. Cukinię tylko pokroić (w dużą kostkę), będzie bardziej chrupiąco i zdrowiej. Zagotować osoloną wodę w pojemnym garnku (tyle wody żeby przykryła mniej więcej połowę cukinii).
3) Dorzucić kiełbasę do cebuli i papryki, dusić razem kolejne 5 minut.
4) Do garnka z wrzącą wodą wrzucić cukinię, podgrzewać do ponownego zagotowania mieszając. Gotować jeszcze minutę, nie dłużej, bo cukinia rozmięknie.
5) W tym czasie naciąć skórki pomidorów i umieścić je w żaroodpornym naczyniu.
6) Cukinię, która gotowała się już minutę przecedzić przez sitko. Wrzątku z cukinii można (a nawet nałeży) użyć do sparzenia pomidorów.
7) Pomidory obrać i pokroić, wrzucić do dużego garnkna. Tam połączyć z resztą składników: cebulą, papryką, kiełbasą i cukinią. Dusić jeszcze chwilę na małym ogniu, doprawić czosnkiem i solą do smaku.

Można podawać z ryżem lub chlebem.


Może przepis nie brzmi zbyt prosto, ale w rzeczywistości jest bardzo przyjemny. Jedyną wadą jest to, że do tej pory śmierdzę cebulą ;)

piątek, 1 lipca 2011

Lampiony szczescia: Poznan-Warszawa

 W Noc Kupały w Poznaniu dziki tłum puszczał azjatyckie lampiony szczęścia:

  

Widok robił wrażenie, więc Warszawa pozazdrościła. Szkoda (dla nas, a dobrze dla lotniska), że nie przyszło aż tak wielu lampioniarzy jak w Poznaniu, ale i tak super było popatrzeć. Zostawimy już rekord Polski w spokoju ;)

parę minut po dziesiątej
Asia dokumentuje komórą, bo jej superfajny nowy sprzęt fotograficzny dopiero nadciąga pocztą ;)
puszczanie lampionów samo w sobie sprawia wrażenie bardzo absorbujacego
"Łukasz, kup Asi ten lampion, bo będziesz miał przejebane."
Na szczęście kupił ;) 

niedziela, 29 maja 2011

Wolność! Pietnasty Piknik Naukowy w Warszawie

Prawie całą sobotę spędziłam na Pikniku Naukowym organizowanym przez Polskie Radio i Centrum Nauki Kopernik. Rano pracowałam przy tablicy, na której ludzie pisali czym jest dla nich wolność. Na początku wzdawało mi się to brudną robotą i czułam się trochę jak Świadek Jehowy, który chodzi po różnych blokach i dzwoni do mieszkań próbując na siłę porozmawiać o Piśmie Świętym. Tak samo ja podchodziłam do ludzi zagadując o byle jaką bzdurę, a potem prosiłam o doklejenie kolejnej karteczki do "wolnościowej" tablicy. Jednak później okazało się, że pierwsze karteczki spowodowały lawinowe zapełnianie się każdej wolnej przestrzeni. I super.

Dla najmłodszych wolność to ptak:

Dla nieco starszych 10 min bez rodzeństwa, ewentualnie "Wolność to freedom, a freedom to wolna chata":

Dla tych już dorosłych wolność ma zupełnie inny wymiar ;)


A więcej przykładów jest tutaj:
https://picasaweb.google.com/wielka.amoeba/WolnoscPiknikNaukowy2011#

poniedziałek, 9 maja 2011

Poczatek

Założyłam  bloga już dawno, dawno temu, ale ciągle nie mogłam zabrać się do pisania, bo nie miałam pomysłu jak by tu zacząć. Więc żeby w ogóle się z tym ruszyć, zacznę jakby nigdy nic.

Ostatni weekend spędziłam szukając materiału na wystawo-reportaż. Miał dotyczyć Warszawy, a szczególnie Ochoty - jednej z jej dzielnic. Nic nie poradzę na to, że głównym punktem na mapie istniejącej w mojej głowie jest Hala Banacha i otaczający ją bazar - mekka lumpeksoholików, ale też źródło żywności i staroci  dla połowy Stolicy ;)


Niezbyt lubię robić zdjęcia obcych ludzi - głównie dlatego, że (nie wiedzieć czemu) nie chcą za bardzo być fotografowani, z zainteresowania gapią się na fotografa albo co gorsza chcą pozować. Zdobycie obiektów do uwiecznienia pod Halą Banacha również nie okazało się jakieś specjalnie łatwe. Co ciekawe nie chodzi tu o samych ludzi, ale również stoiska. Najbardziej oporna była pani z perukami - za żadne skarby nie chciała żeby cokolwiek fotografować - może niekoniecznie odprowadza podatki z biznesu? ;) W każdym razie bardzo szkoda, bo nigdy jeszcze nie widziałam sprzedawcy tak podobnego do swojego towaru - a przynajmniej fryzury sprzedawcy podobnej do jego towaru.

W celu uzyskania zgody na zrobienie paru zdjęć straganu z rajstopami, musiałam kupić pończochy, ale wydatki szybko się zwróciły, bo od innego handlarza dostałam w prezencie czosnek ;) Oprócz tego dostałam propozycje nagiej sesji od grubego pana z flekami i w tym wszystkim bynajmniej nie ja miałam być naga - a śmiechów pań z sąsiednich stoisk nie było końca... ;)