Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszawa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 kwietnia 2012

Ciuchowisko dla psow

Wygląda na to, że w kontekście wiosennych charytatywnych zrywów nie odstaję od normy. Chciałabym więc zaprosić wszystkich Warszawiaków, tych z okolic czy będących przejazdem, a szczególnie lumpeksoholików do udziału w Ciuchowisku, które organizuje fundacja Psy Niczyje. Można oddać część zawartości swojej szafy na rzecz psów (i nie łudzić się więcej, że uda się jeszcze w te ubrania zmieścić;) albo kupić coś fajnego. Szczegóły na plakacie.

niedziela, 24 lipca 2011

Stadion Prawie-Narodowy

Co z tego, że tłumy, i że jeszcze pewnie nie raz wyłądujemy tam na jakimś koncercie (hm, meczu?). Zgodnie z jednym z pierwszych praw polskiej mentalności - jest za darmo, to iść trzeba. Tak wylądowaliśmy na zwiedzaniu warszawskiego Stadionu Narodowego, chociaż nie wiem czy w ogóle mogę go tak nazywać. Podobno Narodowym może się nawywać tylko Stadion Śląski, bo taki status nadał mu PZPN w 1993 roku. Ale już nie będę udawać, że się znam.

Oto ON! Widok z mostu Poniatowskiego.
Na telebimach (jeszcze na ziemi) dość samczykowy (czyt. uderzający głównie w męskie serca i umysły) filmik na temat Stadionu.
Było dość rodzinnie. I zdjęcia były. 
Wszechobecne polskie akceny i akcenty przedsiębiorczości Polaków (tych przed Stadionem) zarazem.
Nawet dziura w dachu jest fajna.
Samoloty też latały, a na budowie warto nosić kask.
Były ulotki, za jedną z nich Konrad, a za Konradem trybuny do testowania. Fotele wyglądały na całkiem wygodne, ale kolejka do nich wydawała się nie mieć końca. Odpuściliśmy.
Chorągiewki dość szybko rozpełzy się po Warszawie, a przynajmniej po jej centrum.
Jednak zmęczenie dopada nawet po darmowych przyjemnościach, a wyjść nie tak łatwo. W końcu się udaje. Kolejny przystanek to wietnamskie jedzenie, ale to długa (i osobna) historia.

czwartek, 14 lipca 2011

Stejki Burneiki

Wprawdzie nie chcemy rosnąć (przynajmniej w ten sposób w jaki najłatwiej urosnąć;), ale wzorem naszego idola, poszlismy z Konradem na stejki.
Dla mniej zorientowanych w temacie małe przypomnienie (i mój ulubiony odcinek zarazem):


Połączenie naszych planów i odpowiedniego kuponu na Grouponie zaskutkowało wyprawą do London Steak House. Można było trochę ponarzekać, bo ceny na stronie różnią się od tych w lokalu, ale mięcho samo w sobie było super.
Miejsce całkiem przyjemne, jednak myślę, że wrócę tam dopiero jak będę obrzydliwie bogata. Albo i nie wrócę za karę za tę akcję z cenami ;)

Co jedliśmy? Silroina (czyli polędwicę wołową), a ze względu na naszą wspólną słabość sos był oczywiście z gorgonzolą.



A polędwica wg Brytyjczyków jest w tym miejscu, gdzie to żółte na środku krowy:



Obrazek z książki "Zobacz jak sobie radzić - 500 instrukcji na różne okazje". Instrukcje bywają mniej lub bardziej przydatne, ale za to te niezbyt użyteczne bywają całkiem zabawne ;) No i ładnie wydana jest.

I zdaliśmy sobie sprawę z jeszcze jednego faktu. W dziewiątą półrocznicę wytrzymywania ze sobą zjedliśmy najdroższego kotleta w życiu.

niedziela, 10 lipca 2011

Maraton - bardziej blondynski niz sportowy

A piątek pod znakiem warszawskiego maratonu. Trochę szwankuje mi chronologia, ale co tam.

Wszystko zaczęło się od spontanicznego zaklepania wizyty u mojej fryzjerki na Pradze. Oczywiście byłoby zbyt piękne gdybym pojechała tam prosto z Ochoty. Wcześniej musiałam odstawić rower na Okęcie - w końcu zapowiadali (całkiem trafnie) ulewy na popołudnie.
Ulewa, a właściwie megaburza (standardowo) zaczęła się tuż po moim wyjściu z praskiego salonu. Oczywiście moja fryzura pod wpływem deszczu od razu zmieniła kształt z ładnego na naturalny ;)

Po jakiś 20 minutach, które spędziłam pod kładką deszcz się nieco uspokoił, więc ruszyłam (mniej więcej) w stronę ronda Wiatraczna. Miałam oglądać staniki. Ne uciekłam jednak przed przeznaczeniem i po (nieco przypadkowej) wycieczce przez rozpadające się kamienicie, blokowiska i oczywiście mnóstwo kałuż, wylądowałam (uwaga uwaga) w lumpeksie! I to JAKIM!

Jako że ostatnio oszczędzam, ograniczyłam się do jednej sukienki ;) O takiej:



Teraz już tylko trzy godziny czekania aż moja Asia skończy pracę, dostanie się w okolice Starówki i da się wyrollować rollenami.

Na początek Du-za-mi-ha i "zagryzanie" czasu. Potem książka (znów o jedzeniu!). Tutaj zatrzymam się i wystosuję rozpaczliwy apel: niech ktoś znajdzie we mnie przycisk "STOP wydawaniu pieniędzy". Na prawdę będę wdzięczna.

Niestety/na szczęście to nie był koniec odchudzania mojego konta, ponieważ w końcu odebrałam wyrollowaną rollenami Asię. Wszędze naokoło (a tym bardziej w naszych butach) było tak mokro, że wylądowałyśmy na starówkowych goferach z dżemorem. Oficjalny powód - możliwość wysuszenia stóp. Stopy może wyschły, ale buty nie. Za to gorfry z bitą śmietaną i owocami to jest to ;)

W zestawieinu z rollenami Asi nasze "suszenie stóp" było dość obłudne, ale nikt nie powiedział, że łatwo jest być kobietą.



No, ale wcale nie to było kulminacyjnym punktem wieczoru. Zamysł był taki, że Asia zabiera mnie do The Mexican na arbuzową margaritę. Nie dość, że drink ogromny i przepyszny to jeszcze tuż przy naszym stoliku grał meksykański zespół (panowie są na prawdę z Peru, pytałyśmy). Na środku dziedzińca chlupała przyjemnie kiczowata fontanna ze sztucznymi liliami i od czasu do czasu kelner przebrany za Zorro robił wieś biegając z ciastem ;)

No i od czasu do czasu ktoś potańcował - test aparatu Asi ;)

 I jak to często bywa w moim przypadku - zakochałam się w łazience, zwłaszcza ręcznie szkliwionych umywalkach. Chociaż tak na prawdę marzy mi się meksykańska kuchnia.

Co do The Mexican to szczerze bardzo bardzo polecam na letnie wieczory!

środa, 6 lipca 2011

Morwa, deszcz i smyranie

Pada, pada, a właściwie leje. W takie dni oprócz tego, że dobrze piecze się muffiny (niestety dziś rano skończyła mi się soda, więc z ekspresowych muffinów nici) bardzo dobrze wspomina się te słoneczne. Dziś przypomniałam sobie jak w jedną z sobót, tuż przed kopernikową pracą spróbowałam jak smakuje owoc morwy. Lokalizacja drzewa (sąsiedztwo ulicy, i w ogóle Warszawa) pozwalały zjeść maksymalnie jedną, ale sama wspinaczka po to żeby cokolwiek zerwać była dość wesoła.

Przy tej okazji kopernikowa Karolina słusznie zauważyła, że nikt nie "dotyka żeby przejść". W praktyce wygląda to raczej tak:



Oby dziś wszystkie smyrnięcia i jebnięcia były skuteczne i nikt nie mókł na pasach.

niedziela, 3 lipca 2011

Wydzieliny

A w Koperniku tydzień defekacji i wydalania. Oprócz kupy w Świecie w ruchu inne ciekawe zjawiska można było zaobserwować w sąsiedniej galerii:

piątek, 1 lipca 2011

Lampiony szczescia: Poznan-Warszawa

 W Noc Kupały w Poznaniu dziki tłum puszczał azjatyckie lampiony szczęścia:

  

Widok robił wrażenie, więc Warszawa pozazdrościła. Szkoda (dla nas, a dobrze dla lotniska), że nie przyszło aż tak wielu lampioniarzy jak w Poznaniu, ale i tak super było popatrzeć. Zostawimy już rekord Polski w spokoju ;)

parę minut po dziesiątej
Asia dokumentuje komórą, bo jej superfajny nowy sprzęt fotograficzny dopiero nadciąga pocztą ;)
puszczanie lampionów samo w sobie sprawia wrażenie bardzo absorbujacego
"Łukasz, kup Asi ten lampion, bo będziesz miał przejebane."
Na szczęście kupił ;) 

niedziela, 29 maja 2011

Wolność! Pietnasty Piknik Naukowy w Warszawie

Prawie całą sobotę spędziłam na Pikniku Naukowym organizowanym przez Polskie Radio i Centrum Nauki Kopernik. Rano pracowałam przy tablicy, na której ludzie pisali czym jest dla nich wolność. Na początku wzdawało mi się to brudną robotą i czułam się trochę jak Świadek Jehowy, który chodzi po różnych blokach i dzwoni do mieszkań próbując na siłę porozmawiać o Piśmie Świętym. Tak samo ja podchodziłam do ludzi zagadując o byle jaką bzdurę, a potem prosiłam o doklejenie kolejnej karteczki do "wolnościowej" tablicy. Jednak później okazało się, że pierwsze karteczki spowodowały lawinowe zapełnianie się każdej wolnej przestrzeni. I super.

Dla najmłodszych wolność to ptak:

Dla nieco starszych 10 min bez rodzeństwa, ewentualnie "Wolność to freedom, a freedom to wolna chata":

Dla tych już dorosłych wolność ma zupełnie inny wymiar ;)


A więcej przykładów jest tutaj:
https://picasaweb.google.com/wielka.amoeba/WolnoscPiknikNaukowy2011#