Wszyscy wiedzą, że w lotnisku w Modlinie najlepsze jest to, że nie działa i można polecieć z warszawskiego Chopina
do Belgii za 30 zł. W związku z tym nabycie biletu drogą kupna, a później jego wykorzystanie było czystą przyjemnością. Właściwie byłoby czystą przyjemnością gdyby nie fakt, że lecieliśmy Ryanairem. Ale co tu wybrzydzać. Grunt, że dolecieliśmy w jednym kawałku i nikt nie zmusił nas do zakupu zdrapki ani perfum firmowanych przez Lady Gagę.
Nie wiem jak cała Belgia, ale mam wrażenie, że Bruksela to miasto wszechobecnego sikającego chłopca (
Manneken Pis), odrobiny Parlamentu Europejskiego i ładnych kamienic. Podczas dwudniowej wizyty można by odnieść wrażenie, że dzieje się tam tak niewiele, że trzeba się zająć jedzeniem, więc co jadła Agata?
Póki co - to czego nie jadła.
Nie jadła brukselki, która mimo wszystko była spotykalna w wielu innych formach, niekoniecznie przeznaczonych do konsumpcji. Może dlatego, że poza sezonem.
 |
| Tu na przykład brukselka z dużą ilością błonnika, bo wydrukowana na kopercie. |
Frytki, frytki! Tego nie dało się i nawet nie przystało nie zjeść! Smażone na łoju wołowym, dwukrotnie. O pierwszym przeczytałam, a drugie widziałam na własne oczy. A sprawdziłam głównie to, że mają specyficzny aromat i przyjemnie maślany posmak. Do tego
litania sosów - ich wybór trochę przerastał moje kobiece problemy decyzyjne, ale ostatecznie brazylijski stał się moim ulubionym.
 |
| Te frytki akurat były Konrada, ale w przypadku sosów panowała wspólnota majątkowa. |
 |
| Ta piękna, wąsata pani to ja, a na tablicy po lewej stronie lista sosów. |
Jak frytki to piwo! Co ciekawe frytki zakupione w
Maison Antoine (czyli najbardziej znanej brukselskiej frytkarni) można było wnosić do okolicznych pubów i tam zapijać je piwkiem. Jednym z przewodnikowych brukselskich piw jest
Kwak (i nie czyta się go tak jak robi kaczka, bo pani w pubie nie zrozumie) i tradycyjnie serwuje się go w ampułce takiej jak na zdjęciu:
Nie należę do piwoszy obeznanych w temacie, więc powiem tylko, że dobre.
Ponieważ wszystko co słodkie nie jest mi obce, a jak jeszcze do tego kwaśnawe to już w ogóle fajnie - rozkochałam się w
Krieku - wiśniowym piwie. Co ciekawe lepiej smakuje z kija niż z butelki.
 |
| Pierwsze moje piwo wypite w ogródku piwnym w tym sezonie. Mimo wszystko zmarzłam ;) |
Mając zestaw dobre piwo+dobre frytki można by sądzić, że osiągnęło się już pełnię szczęścia. Otóż nie. Pełnię szczęścia osiąga się dostając piwo, frytki i
mule. Ciepłe, maślane, z natką.
A na deser
gofry. Są konkretne, więc wersja z samą bitą śmietaną wydaje mi się maksimum pożeralności. Podobno Belgowie wybierają raczej opcję z cukrem pudrem i tego się trzymałam przy zamówieniach.
 |
| Gofry prezentuje słynny Sikający Chłopiec. |
 |
| I jeszcze jeden. |
Całkiem fajną alternatywą przekąskową były
gofry z wytrawnym farszem:
Kolejna opcja kulinarnie pewnie nie jest zbyt belgijska, ale za to ładna.
Mamma Roma to ładnie zaprojektowana (strona/ wnętrze/ naczynia) sieciówka ze smaczną pizzą!
A na śniadanie francuski
croissant z dobrą
cafe au lait podawaną w miseczce ;) Z zaparowanym od zimna (a właściwie już od ciepła) obiektywem.
Ale przejdźmy do sedna i nie mówmy za dużo:
No, muszę tylko dodać, że pan Neuhaus, ten od najdroższych i chyba najbardziej znanych belgijskich czekoladek zaczynał od produkcji zdrowotnych cukierków, np. takich na gardło. Wszyscy wiedzą, że czekolada to samo zdrowie ;)