Yyy zaraz, to nie magisterka.
To chyba jednak ciasto.
Cholera ;)
To chyba w ogóle był dzień pokrzyżowanych planów. Najpierw zamiast magisterki na horyzoncie pojawił się keks cytrynowy, a kiedy już kupiłam cytryny, upiekłam biszkopcik cynamonowo-różany. Bez żadnych cytrusów oczywiście. Ciasto jest mięciutkie i lekko wilgotne, ale jednocześnie puszyste. Dla mnie ma konsystencję idealną!
Składniki:
- 2 szklanki i 2 płaskie łyżki mąki pszennej
- 3/4 szklanki cukru pudru
- 2 jajka
- szklanka mleka
- 3/4 kostki (18 dag) margaryny
- 2 płaskie łyżeczki mielonego cynamonu
- 3 kopiaste łyżeczki kakao
- 2 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej
- 0,3 l gęstej marmolady różanej (czy raczej o zapachu różanym - odsyłam do Biedronki;)
- tłuszcz do wysmarowania formy
- bułka tarta do posypania formy
- na polewę: tabliczka białej czekolady, 2 łyżki marmolady różanej, 2 łyżki mleka
- do posypania: 1/3 mlecznej czekolady startej na wiórki
Na "genomowej" podkładce, taki lans. Już inna sprawa, że uwielbiam okładkę tego wydania! |
Wykonanie:
- Przygotować formę, nagrzać piekarnik do 150 stopni.
- Margarynę razem z marmoladą utrzeć mikserem nastawionym na średnie obroty.
- Gdy składniki się połączą, dodać stopniowo, cały czas ucierając, po jajku, cukier puder oraz - w niewielkich porcjach - mleko.
- Mąkę wraz z kakao, cynamonem i sodą przesiać przez sito do utartej masy.
- Ucierać cały czas, aż składniki się połączą. Ciasto powinno być niezbyt gęste i gładkie.
- Wlać do przygotowanej wcześniej średniej wielkości formy.
- Piec około 40 minut.
- Wyrośnięte ciasto, z wierzchem lekko zarumienionym i bokami odstającymi od formy, wyjąć z piekarnika, wystudzić i letnie wyłożyć na deskę obracając blachę (czyli ciasto będzie teraz do góry nogami).
- Podczas studzenia ciasta można zmajstrować polewę: czekoladę połamać na kawałki, wrzucić do rondelka z grubym dnem, dodać marmoladę, mleko i podgrzewać na małym ogniu mieszając.
- Gotową polewą posmarować ciasto, a kiedy lekko podstygnie, posypać wiórkami z mlecznej czekolady.
PS. Inspiracją był przepis ze Słodkiej Kuchni Polskiej, aczkolwiek zdążył nieco wyewoluować.
Skąd ja to znam ;)Gdy pisałam magisterkę, to dziwnym trafem dostrzegałam nawet najmniejsze drobinki kurzu, co uniemożliwiało mi pracę, bo przecież jak można tworzyć w bałaganie? ;) Czasami - podobnie jak Ty - nie mogłam oprzeć się pokusie upieczenia czegoś pysznego, a innym razem stwierdzałam, że jest godzina 14 i w ogóle nie ma już sensu brać się w tym dniu za pisanie ;) Ale wyrobiłam się w terminie bez problemów. Krótko mówiąc: znasz termin w którym musisz oddać pracę, wiesz ile napisałaś, a ile przed Tobą. Jeśli nie masz ciśnienia objawiającego się tym, że ślęczysz nad książkami cały dzień i piszesz jak maszyna, to znaczy, że możesz sobie jeszcze pozwolić (w granicach zdrowego rozsądku rzecz jasna) na małe lenistwo i cukiernicze popisy ;) To tyle mojego wymądrzania ;)
OdpowiedzUsuńLoriel!
UsuńNie mam nic przeciwko małym i większym lenistwom, gdyby nie to, że piekąc ciasto zaczęłam pisanie magisterki :P
Na szczęście poskutkowało to lekkimi wyrzutami sumienia i uzbierałam już ze dwie strony ;)
Trzymaj się ciepło!
a
PS. z ciekawości zajrzałam na Twojego bloga - masz przepiękną oprawę graficzną! :) Jestem zakochana w ciasteczkach na górze.
ja mam dokładnie to samo przy pisaniu mgr - zarówno przy pierwszej, jak i drugiej :)
OdpowiedzUsuńchyba zaraz zabiorę się za sernik, jutro sobię popiszę :D
Taki chyba los tych magisterek ;)
UsuńA, no to słodki początek :) Co do oprawy graficznej, to też mnie urzekła - ciasteczko w okularach po prawej stronie jest po prostu rozkoszne ;)
Usuń