Z cyklu co chciałabym dzisiaj zjeść i gdzie chciałabym dzisiaj być: sfogliatelle w Neapolu!
Zauważyłam, że Neapolitańczycy wolą wgryzać się w pojedyncze ciasteczka niż kawałki większych ciast. Może tak łatwiej zagryźć małe espresso wypite jednym łykiem? A może jest jakiś inny powód, który ktoś mi uświadomi? ;)
Z pewnością w Neapolu na kulinarnym tronie zasiada sfogliatelle - nazwa ciastka oznacza wiele warstw lub liści. Zdacydowanie bardziej podoba mi się druga opcja, pewnie przez lekko biologiczne (w tym lekko botaniczne, choć trudno w to uwierzyć) skrzywienie.
Produkcja liściastego ciastka nieco przypomina mi wykonanie ciasta francuskiego. Z resztą film, na którym surowe ciasto rozciągane jest do granic niemożliwości hipnotyzuje mnie do dziś mimo swojej kiepskiej jakości :) Sfogliatelle z zewnątrz jest chrupiące a w środku kryje serowe nadzienie. Tęskni mi się do Neapolu.
Miłego (tygo)dnia!
PS. I tak jak Anthony dodaje w komentarzach: w Neapolu można znaleźć dwa rodzaje sfogliatelli: frolla (krucha) i riccia (u mnie na zdjęciu jest riccia). Obie nadziewane są mieszanką ricotty i ugotowanej na mleku semoliny lub mąki pszennej durum. Z resztą odsyłam do właściwego posta. :)
poniedziałek, 16 stycznia 2012
piątek, 13 stycznia 2012
Cynamonowo-rózane, czyli Agata piecze magisterkę
Agata pisze... ekhm, piecze magisterkę.
Yyy zaraz, to nie magisterka.
To chyba jednak ciasto.
Cholera ;)
To chyba w ogóle był dzień pokrzyżowanych planów. Najpierw zamiast magisterki na horyzoncie pojawił się keks cytrynowy, a kiedy już kupiłam cytryny, upiekłam biszkopcik cynamonowo-różany. Bez żadnych cytrusów oczywiście. Ciasto jest mięciutkie i lekko wilgotne, ale jednocześnie puszyste. Dla mnie ma konsystencję idealną!
Składniki:
Wykonanie:
PS. Inspiracją był przepis ze Słodkiej Kuchni Polskiej, aczkolwiek zdążył nieco wyewoluować.
Yyy zaraz, to nie magisterka.
To chyba jednak ciasto.
Cholera ;)
To chyba w ogóle był dzień pokrzyżowanych planów. Najpierw zamiast magisterki na horyzoncie pojawił się keks cytrynowy, a kiedy już kupiłam cytryny, upiekłam biszkopcik cynamonowo-różany. Bez żadnych cytrusów oczywiście. Ciasto jest mięciutkie i lekko wilgotne, ale jednocześnie puszyste. Dla mnie ma konsystencję idealną!
Składniki:
- 2 szklanki i 2 płaskie łyżki mąki pszennej
- 3/4 szklanki cukru pudru
- 2 jajka
- szklanka mleka
- 3/4 kostki (18 dag) margaryny
- 2 płaskie łyżeczki mielonego cynamonu
- 3 kopiaste łyżeczki kakao
- 2 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej
- 0,3 l gęstej marmolady różanej (czy raczej o zapachu różanym - odsyłam do Biedronki;)
- tłuszcz do wysmarowania formy
- bułka tarta do posypania formy
- na polewę: tabliczka białej czekolady, 2 łyżki marmolady różanej, 2 łyżki mleka
- do posypania: 1/3 mlecznej czekolady startej na wiórki
| Na "genomowej" podkładce, taki lans. Już inna sprawa, że uwielbiam okładkę tego wydania! |
Wykonanie:
- Przygotować formę, nagrzać piekarnik do 150 stopni.
- Margarynę razem z marmoladą utrzeć mikserem nastawionym na średnie obroty.
- Gdy składniki się połączą, dodać stopniowo, cały czas ucierając, po jajku, cukier puder oraz - w niewielkich porcjach - mleko.
- Mąkę wraz z kakao, cynamonem i sodą przesiać przez sito do utartej masy.
- Ucierać cały czas, aż składniki się połączą. Ciasto powinno być niezbyt gęste i gładkie.
- Wlać do przygotowanej wcześniej średniej wielkości formy.
- Piec około 40 minut.
- Wyrośnięte ciasto, z wierzchem lekko zarumienionym i bokami odstającymi od formy, wyjąć z piekarnika, wystudzić i letnie wyłożyć na deskę obracając blachę (czyli ciasto będzie teraz do góry nogami).
- Podczas studzenia ciasta można zmajstrować polewę: czekoladę połamać na kawałki, wrzucić do rondelka z grubym dnem, dodać marmoladę, mleko i podgrzewać na małym ogniu mieszając.
- Gotową polewą posmarować ciasto, a kiedy lekko podstygnie, posypać wiórkami z mlecznej czekolady.
PS. Inspiracją był przepis ze Słodkiej Kuchni Polskiej, aczkolwiek zdążył nieco wyewoluować.
czwartek, 5 stycznia 2012
Nos i ciasto
Trochę z okazji kolejnej ucieczki Konrada do Włoch. Może to czas żeby się przyznać, iż przez kilkadziesiąt ostatnich miesięcy jednym z naszych ulubionych słów jest nos, który z resztą kryje się wszędzie. Bo przecież jest kabanos, merynos, nostalgia, Nospa, kolonoskopia, Nostradamus i tak dalej.
Dla niewtajemniczonych: powierzchnia nośna to część nosa, którą można nosić. Noszenie zaś to pocieranie nosem o drugi nos.
Chyba znów wyszło bez sensu i bez pointy.
Jutro Święto Trzech Króli. Ktoś piecze Galette des Rois albo Rascon do Los Reyes? A może jakieś inne propozycje?
Dla niewtajemniczonych: powierzchnia nośna to część nosa, którą można nosić. Noszenie zaś to pocieranie nosem o drugi nos.
Chyba znów wyszło bez sensu i bez pointy.
Jutro Święto Trzech Króli. Ktoś piecze Galette des Rois albo Rascon do Los Reyes? A może jakieś inne propozycje?
czwartek, 22 grudnia 2011
Muffinki choinki - czekolada i pomarańcze
Muszę się przyznać, że sam pomysł na choinkowe muffiny wypatrzyłam gdzieś na Durszlaku, ale od razu bardzo mi się bardzo spodobał. Chciałam żeby również w smaku były świąteczne, ale korzenne przyprawy już mi się trochę przejadły. Pomyślałam o gorzkiej czekoladzie w połączeniu z pomarańczami, a dokładniej pomarańczowymi choinkami. Wyszło trochę wytrawnie.
Składniki:
ciasto
Wykonanie:
Składniki:
ciasto
- 400g mąki
- 2 łyżki mąki ziemniaczanej
- 2 kopiaste łyżki kakao
- 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
- 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
- szczypta soli
- 250 g cukru
- 2 jajka
- 150 ml maślanki (myślę, że można zastąpić mlekiem)
- 200 ml mleka
- 150 ml oleju
- posiekana tabliczka gorzkiej czekolady
- pół paczki budyniu waniliowego
- 4 łyżki cukru
- 1 łyżka mąki
- skórka otarta z dwóch pomarańczy
- sok wyciśnięty z dwóch pomarańczy
- kostka margaryny
- 2 żółtka
- zielony barwnik spożywczy
- cukier puder
- kolorowa posypka
- srebrne perełki
Wykonanie:
- Przynajmniej dwie godziny przed pieczeniem muffinów (można dzień wcześniej) zacząć przygotowanie kremu - wyciśnięty sok z pomarańczy dopełnić wodą lub mlekiem do 250 ml i przelać do rondelka.
- Do soku wsypać budyń, mąkę oraz cukier i dobrze wymieszać. Podgrzewać aż do zagotowania, dodać skórkę i gotować jeszcze pół minuty mieszając.
- Zdjąć z ognia i zostawić do całkowitego wystygnięcia. Margarynę wyjąć z lodówki żeby zdążyła się ogrzać.
- Czas na muffiny. Nagrzać piekarnik do 180 stopni, przygotować formę.
- Wymieszać suche składniki: mąkę (i pszenną, i ziemniaczaną), kakao, proszek do pieczenia, sodę i sól.
- W osobnym naczyniu wymieszać rozbełtane jajka, mleko, maślankę, olej i cukier. Mieszaninę przelać do suchych składników, dodać posiekaną czekoladę.
- Wszystko wymieszać aż do połączenia obydwu części.
- Masę rozłożyć do foremek i piec 15-20 minut. Po upieczeniu studzić na kratce od piekarnika.
- Wracając do kremu: margarynę ubić z żółtkami. Po trochu dodawać wystudzony budyń ciągle miksując.
- Dodać barwnik spożywczy i cukier puder do smaku (ja dodałam 4 łyżki) dalej ubijając.
- Dobrze jest zostawić krem na jakiś czas w lodówce żeby stężał.
- Krem nakładać na wystudzone muffiny formując coś na kształt choinek ;)
- Posypać kolorową posypką i umieścić perełki na szczytach choinek.
środa, 7 grudnia 2011
Pijane muffiny kasztanowe
Z racji dłużego pobytu mojego Konrada na włoszczyźnie (czyt. włoskiej obczyźnie) raz na jakiś czas trafiają mi się rarytasy w stylu mąki kasztanowej w ludzkiej cenie. Nie do końca wiedziałam co zrobić z połową kilograma takiej mącznej przyjemności. A jak się nie wie co zrobić? Piecze się muffiny :)
Kasztanowe są dość specyficzne w konsystencji - nieco mączyste, a na górze są popękane i chrupiące. I chyba stałam się fanką jabłkowo-rumowych rodzynek, które siedzą w środku.
Składniki:
Życzę wszystkim zapachu prażonych kasztanów w domu, właśnie takiego jaki teraz mam u siebie!
PS. to już trochę nie to samo, ale myślę, że można pokusić się o realizację tego przepisu z udziałem zwykłej, pszennej mąki.
Kasztanowe są dość specyficzne w konsystencji - nieco mączyste, a na górze są popękane i chrupiące. I chyba stałam się fanką jabłkowo-rumowych rodzynek, które siedzą w środku.
Składniki:
- 2 szklanki mąki kasztanowej (jeśli ktoś woli mniej mączystą wersję, proponuję wymieszać pół na pół ze zwykłą, pszenną mąką)
- 1/2 szklanki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno (na prawdę polecam - nadaje smaku)
- 1/2 szklanki mleka
- 1 jajko
- 1/2 - 2/3 szklanki cukru trzcinowego (ja zrobiłam z 3/4 szklanki cukru - są baaardzo słodkie)
- 1 łyżka miodu
- łyżeczka proszku do pieczenia
- 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
- 2/3 szklanki rodzynek
- pół szklanki soku jabłkowego
- 5 łyżek białego rumu
- 2 plasterki imbiru
- Rodzynki wsypać do rondelka, zalać sokiem i rumem, dodać imbir.
- Podgrzewać aż do zagotowania od czasu do czasu mieszając.
- Zdjąć z ognia i odstawić na 5 minut.
- Przygotować foremki na muffiny (polecam blachę z dołkami i papilotki, bo muffinki są z tych co lubią się kleić).
- Nagrzać piekarnik do 180 stopni.
- Namoczone rodzynki odcedzić (i nie wylewać płynu!), wyjąć imbir.
- W misce wymieszać przesianą mąkę, proszek do pieczenia i sodę.
- W drugim naczyniu dokładnie wymieszać olej, mleko, jajko, cukier, miód i niecałe pół szklanki odcedzonego od rodzynek płynu (w miarę wystudzonego).
- Mokre składniki wlać do suchych, dodać rodzynki i dokładnie wymieszać.
- Nakładać do foremek, piec 10 minut, po czym zmniejszyć temperaturę do 160 stopni i piec jeszcze 5 minut.
- Muffiny studzić jeszcze kilka minut (3-5) w formie, a następnie wyjąć na kratkę od piekarnika.
| Przy okazji w oleju rzepakowym i mleku znalazłam trochę słońca ;) |
PS. to już trochę nie to samo, ale myślę, że można pokusić się o realizację tego przepisu z udziałem zwykłej, pszennej mąki.
wtorek, 6 grudnia 2011
Piernik adwentowy
Odgrzewam przepis, który lata temu dostałam od koleżanki. Oto piernik adwentowy, który dojrzewa 2-3 tygodnie, dlatego jego produkcję warto zacząć już teraz. Niegdyś testowany, z sukcesem.
Póki co zamieszczam sam przepis, bo pokazywanie efektu już po Świętach chyba nikogo nie ucieszy. No, chyba że będzie inspiracją w przyszłoroczne Boże Narodzenie ;)
Pełen oldschool! Zwłaszcza wstęp.
Póki co zamieszczam sam przepis, bo pokazywanie efektu już po Świętach chyba nikogo nie ucieszy. No, chyba że będzie inspiracją w przyszłoroczne Boże Narodzenie ;)
Pełen oldschool! Zwłaszcza wstęp.
Przepis można powiększych otwierając zdjęcie na nowej karcie.
piątek, 2 grudnia 2011
Penne i cukinia
Taka kolacja miała zaspokoić nagłą potrzebę zjedzenia bakłażana. Wprawdzie bakłażan i cukinia to nie do końca to samo, ale w zasadzie i tak często mi się myli ;)
Wszystkie składniki są ultraważne, a tak poza tym same plusy - danie praktycznie robi się samo. Porcja na dwa głodomory albo trzy mniejjadki.
- 300 g makaronu penne (może być też spaghetti)
- 1/2 kg cukinii
- pół szklanki białego wytrawnego wina
- 2 łyżeczki pesto
- 2 ząbki czosnku
- szczypta suszonego chilli
- 2 łyżki oliwy lub oleju
- kopiasta łyżka masła
- sól
- łyżeczka bazylii
- parmezan
- Czosnek posiekać, a bakłażany pokroić na plasterki.
- Na rozgrzanej oliwie (albo oleju) krótko podsmażyć chilli i czosnek.
- Dodać pokrojoną cukinię, lekko posolić, zalać winem i dusić pod przykryciem przez 40 minut od czasu do czasu mieszając. Jeśli cukinia za bardzo odparuje, można dolać wodę albo jeszcze trochę wina.
- Makaron ugotować al dente.
- W międzyczasie przyprawić cukinię: dodać pesto i bazylię, dosolić do smaku.
- Makaron odcedzić, wymieszać z sosem i masłem. Podgrzewać jeszcze minutę.
- Nałożyć na talerze i posypać tartym/drobno pokruszonym parmezanem.
Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



