Podczas paru sierpniowych dni spędzonych w Sienie, nieustannie krążyłam po spożywczych działach supermarketów, a potem tkwiłam w kuchni. Wszystko było pyszne, świeże i często też zupełnie nowe. Właśnie tam po raz pierwszy wypatrzyłam kwiaty cukinii na wagę (oczywiście w Polsce też są do kupienia) i odpowiednio je spreparowałam. Możliwości jest dużo: można na przykład zatopić je w cieście, a potem usmażyć albo zwyczajnie upiec. Ja skończyłam z duszonymi kwiatami faszerowanymi ricottą i bazylią. Sprawa bardzo prosta, a jaka smaczna!
Składniki:
około 350 g kwiatów cukinii
300 g sera ricotta
duży pęczek bazylii
sól morska
oliwa z oliwek
Wykonanie:
1) Bazylię posiekać, wymieszać z ricottą. Doprawić solą morską i wstawić do lodówki na godzinę. 2) Z kwiatów cukinii usunąć słupki i faszerować przygotowaną wcześniej mieszanką. Ja z braku sprzętu robiłam to małą łyżeczką, ale marzyły mi się woreczki do wyciskania kremu z odpowiednimi końcówkami (takie, którymi ozdabia się ciasto). Na końcu zawinąć kwiaty jak cukierki (tak jak na zdjęciu). 3) Patelnię natłuścić oliwą, ułożyć kwiaty i nagrzać. Później ostrożnie dolać trochę wody, przykryć pokrywką i dusić na małym ogniu 15-20 minut, aż ogonki będą miękkie. Jeśli kwiaty podczas duszenia wchłoną wodę, dolewać kolejne porcje.
My zjedliśmy kwiaty z cienkimi plastrami wołowiny, również prosto z patelni.
Smacznego!
...czyli dynia po raz setny!
Kiepsko się czułam, więc muffiny chodziły mi po głowie już od kilku godzin. Do tego na Facebooku przeczytałam wpis koleżanki o ciastkach z dynią i bakaliami. W lodówce już trochę za długo stało puree z dyni, a ja pragnęłam imbiru i suszonych fig. Pomógł Wujek Gugl (dokładniej znalazł to) i tak oto prezentuję przepis na muffiny, którymi zajadam się już od godziny!
Składniki:
1/2 szklanki pokrojonych suszonych fig
1/2 szklanki rodzynek
1 i 1/2 szklanki pszennej mąki razowej
1/2 szklanki białej (zwykłej) mąki pszennej
1/2 szklanki brązowego cukru
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
łyżeczka startego imbiru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
szczypta soli
2 jajka
1 szklanka puree z dyni
1/2 szklanki oleju
2 łyżki miodu
posiekane orzechy włoskie
Wykonanie:
1) Zagotować wodę, a piekarnik nagrzać do 180 stopni Celsjusza.
2) Wrzącą wodą zalać rodzynki (tak żeby przykryła wszystkie), pozostawić żeby mogły napęcznieć.
3) Wymieszać suche składniki: mąkę, cukier, cynamon, gałkę, starty imbir, proszek do pieczenia, sodę i sól.
4) Do suchych składników wbić jajka, dodać puree z dyni, olej i miód. Wymieszać łyżką.
5) Odsączyć rodzynki i wraz z figami dodać do ciasta. Wymieszać.
6) Ciasto nakładać do foremek (proponuję silinkonowe, albo zwykłe wyłożone papilotkami) do 2/3 ich wysokości.
7) Muffiny posypać orzechami włoskimi.
8) Piec przez około 18 minut dopóki nie będą sprężyste (będą wracać do pierwotnego kształtu po naciśnięciu), standardowy suchy patyczek pewnie też pomoże. Studzić w foremkach.
Chciałabym zrobić wszystko na raz: przeczytać trzy nowe książki, gotować, piec, coś narysować, przymontować koszyk do roweru (od roku się za to zabieram), pobawić się maszyną do szycia, oglądać teledysk Beiruta.
Za parę z tych rzeczy nawet się zabrałam, ale ostatecznie w pełni zrealizowałam tylko ostatni punkt. Uwielbiam beirutowy Elephant Gun! Piosenkę samą w sobie, ale też teledysk. Mam wrażenie, że producent podczas realizacji projektu czytał po kątach Sklepy Cynamonowe i mimochodem czerpał z magii tego, co napisał Bruno Schulz. Poza tym wszystkim Beirut w takim wydaniu jakoś dobrze wpasowuje się w mój podejrzanie tkliwy jesienny nastrój.
W międzyczasie przeglądam też Lawendowy Dom, który kolega podesłał mi przy okazji przepisu na gniocchi z dynią. Porwałam się dziś nawet na ich realizację, ale w efekcie wyszły mi przytwarde kopytka. Oprócz tego na stronie 22 znalazłam artykuł o zapachach. Czy bardziej podróżach. W każdym razie w ten sposób dowiedziałam się o bułgarskiej Dolinie Róż i poczułam, że znów tak bardzo chciałabym gdzieś wyjechać.
Dygresje dygresjami - wprawdzie kopytkogniocchi nie wyszły jak należy, ale ciągle mam w zanadrzu przepis na dżem dyniowy, właściwie dyniowo-grejfrutowy. Jest słodko-gorzki. Inspiracja, jak to u mnie często bywa, przybyła z bloga Liski.
I tu wracam do Elephat Gun. Podobnie jak w piosenka, sama dynia wprowadza mnie w jesień - z resztą do dość oczywiste, bo przecież mamy sezon na to warzywo. Grejfruty, tamandarynowiec (lub imbir) i przyprawy dodają szczyptę magii do pomarańczowej masy. Można by się zdziwić ile wspólnego ma Beirut z gotowaniem ;)
Składniki:
1,5 kg dyni
2 grejfruty
2 cytryny
700 g cukru
1,5 łyżeczki cynamonu
8 goździków
5 cukierków z tamandarynowca (Nie miałam imbiru pod żadną postacią, więc tym dodałam ostrości. Myślę, że jeśli ktoś nie ma kandyzowanego albo tym bardziej cukierków z tamandarynowca, najzwyczajniej wystarczy jakieś 1,5 łyżki obranego i drobno pokojonego kłącza imbiru.)
Wykonanie:
1) Dynię obrać, pokroić na małe 1 cm kawałki. 2) Grejfruty dokładnie obrać, pozbawić pestek. Całą cytrynę pokroić na kawałki, również odpestkować. Wszystko zblendować. 3) Kawałki dyni zasypać 500 g cukru i zalać cytrusową papką. Wymieszać. 4) Odstawić na noc pod folią spożywczą. 5) Następnego dnia odlać większość soku (całkiem dobry jako dodatek do herbaty), dosypać pozostałe 200 g cukru (można mniej), dodać goździki. 6) Gotować około godziny aż dżem zgęstnieje i będzie przezroczysty. Żeby pomóc większym kawałkom dyni, które nie chciały dość do siebie, potraktowałam je tłuczkiem do ziemniaków w czasie gotowania ;) 7) W międzyczasie otrzeć skórkę z cytryny i wycisnąć z niej sok. 8) Kiedy dżem będzie prawie gotowy dodać cynamon, cukierki z tamandarynowca (lub imbir), sok i skórkę otartą z cytryny. Wymieszać. 9) Nakładać jak najgorętszy do czystych i szczelnych słoików. Słoiki postawić na zakrętkach do ostygnięcia.
Oprócz tego, że mam dobre kanapki, już wiem z czym będę piekła muffiny zimą ;) Smacznego!
Ostatnio na skomentowanie niektórych wydarzeń rozgrywających się w tuż pod moim nosem po prostu brakuje mi słów, w laboratoryjnych wynikach też nienajlepiej, NFZ nie współpracuje. Z powodu tego ogólnego klopsa, który mnie otacza zamiast przejeść kolejny gruperowy kupon w centrum, wróciłam do domu upiec ciasto. Czekoladowe z cukinią (przepis dostałam od Magdy z Kopernika, jak zwykle dorzuciłam co nieco od siebie;). Z tego powodu musiałam zdradzić dynię, ale już teraz uprzedzam, że z pomarańczowym warzywem jeszcze nie koniec.
Cukinia może wydawać się nieco dziwnym dodatkiem do czekolady, ale to tylko pozory - wszak jest warzywem praktycznie bez smaku. Dzięki temu można ją dodać tylko po to, żeby nasz wypiek stał się bardziej wilgotny - podobnie jak z marchewką w cieście marchwiowym. Faktycznie, prezentowane ciasto jest stosunkowo lekkie i zdecydowanie mokre. Najlepiej smakuje dzień po upieczeniu. I najlepiej jak się nie zapomni dodać jajek podczas przygotowania ;)
Składniki:
115g miękkiego masła
pół szklanki oleju
150 g białego cukru
100 g cukru muscovado (moja depresyjna fanaberia;)
cukier wanilinowy
łyżeczka sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
2 duże jajka
pół szklanki kwaśnej gęstej śmietany lub jogurtu naturalnego
300 g mąki pszennej
60 g kakao
2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
łyżka rumu
2 szklanki cukinii startej na tarce o dużych oczkach
50 g posiekanej gorzkiej czekolady
50 g posiekanej białej czekolady
Wykonanie:
Przepis niezbyt sprzyja osobom nieposiadającym miksera. 1) Nagrzać piekarnik do 160 stopni, wyłożyć blachę papierem do pieczenia. 2) Zmiksować masło na puszystą masę. Dodawać stopniowo olej dalej miksując. 3) Dodać cukier, cukier wanilinowy, sodę, proszek do pieczenia, sól i znów zmiksować. 4) Wbić jajka i miksować dalej. 5) Dodawać mąkę na przemian ze śmietaną/jogurem i dla odmiany miksować. 6) Po dodaniu kakao i kawy zmiksować po raz ostatni (uff). 7) Dodać posiekaną czekoladę oraz cukinię i (uwaga, uwaga) wymieszać! 8) Wyłożyć ciasto do blachy i piec około 40 minut.
Przepisem nr 2, który zrealizowałam z okazji nadmiaru dyni był właśnie ten. Rzadko piekę ciasto drożdżowe, zwłaszcza, że nie do końca trafia w mój smak, ale moja mama i babcia były zachwycone. Może więc zachwyci kogoś jeszcze? ;)
Ciasto przypomina w smaku i strukturze klasyczne drożdżowe, jest jednak bardziej delikatne.
Wykonanie: 1) Rodzynki zalać wrzątkiem i odstawić na chwilę. Później odsączyć na sitku. 2) Przygotować zaczyn: skruszyć drożdże, dodać łyżeczkę mąki, łyżeczkę cukru i 2 łyżki ciepłego mleka. Wymieszać i odstawić na 15 minut w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (u mnie starczyło jakieś 7 minut). 3) Mąkę przesiać do miski, dodać zaczyn, cukier, sól, puree z dyni oraz ciepłe mleko. 4) Wyrabiać ciasto, a jak pojawią się pęcherzyki dodać lekko podgrzany olej oraz pestki dyni. 5) Wyrabiać ciasto jeszcze 10 minut. W razie potrzeby dodać jeszcze trochę mąki. Na koniec wrzucić rodzynki i wymieszać. 6) Przykryć czystą ściereczką i zostawić do wyrośnięcia* na około godzinę. 7) Ciasto przełożyć do wysmarowanej olejem keksówki i zostawić do wyrośnięcia raz jeszcze, tym razem na pół godziny. 8) Piec około 45 minut w 175 stopniach (do suchego patyczka). Gdyby góra ciasta zaczęła się za bardzo przypiekać, można ją przykryć folią aluminiową. 9) Wyjąć z formy po całkowitym ostudzeniu.
Ciasto zupełnie inaczej smakuje tuż po upieczeniu i następnego dnia. A kiedy lepiej? Zdania były podzielone, więc może warto nie zjadać wszystkiego od razu ;)
*A co kiedy ciasto nie chce rosnąć? Czasem się zdarza, że w domu jest trochę za chłodno i drożdżom nie chce się pracować ku chwale puszystego ciasta. Ja w takich sytuacjach nagrzewam przez chwilę piekarnik, tak żeby nie był gorący, ale lekko ciepły (coś koło 30 stopni Celsjusza). Do takiego piekarnika wkładam ciasto. Jeśli nie jestem pewna czy piekarnik nie jest jednak za bardzo nagrzany, zostawiam na jakiś czas otwarte drzwiczki, już z ciastem w środku. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby takie grzanie nie pomogło :) Trzeba jednak uważać, żeby niechcący nie upiec ciasta ;)
Moja spożywcza dokumentacja wizualna musi niestety trwać w zawieszeniu, bo aparat tkwi od jakiś trzech tygdoni w naprawie. Z przetwarzaniem produktów spożywczych przerw już nie miałam, tylko nieco inne (podróżnicze) pisanie mnie zajmowało.
Jako że zapowiadałam wszystko z dyni, dziś przedstawiam ciasteczka dyniowe z czekoladą. Bazę do przepisu zassałam stąd (Thanks to Ben).
Składniki:
5 szklanek mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki sody oczyszczonej
3 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka gałki muszkatołowej
1 łyżeczka kakao
1/2 łyżeczki soli
1 i 1/4 szklanki białego cukru
1 i 1/4 szklanki cukru trzcinowego
cukier wanilinowy
1 szklanka oleju
2 jajka
około 3 szklanek pureez dyni (nieco ponad 800 g - zależy od gęstości puree)
3 czekolady - 1 biała, 1 mleczna i 1 gorzka
Na sam początek - może to całe puree brzmi jak dużo niepotrzebnej pracy, ale warto sobie uświadomić, że robi się je tylko raz, a potem można zasłoiczkować albo zamrozić i zużywać przez pół roku. A świeża dynia ma w sobie za dużo wody.
Przepis: 1) Nagrzać piekarnik do 180 stopni. 2) Rozłożyć papier do pieczenia na blasze. 3) Posiekać czekoladę (białą nieco grubiej, bo się szybciej rozpłynie w piecu). 4) Wymieszać suche składniki: mąkę, proszek do pieczenia, sodę, cynamon, gałkę muszkatołową, kakao i sól. 5) Zmiksować cukier, cukier wanilinowy, olej i jajka. 6) Dodać puree z dyni oraz suche składniki do tych zmiksowanych. 7) Zmiksować. Jeśli ciasto wydaje się zbyt rzadkie (moje było z powodu rzadkiego puree), można dodać trochę mąki. 8) Dodać czekoladę i wymieszać. 9) Za pomocą 2 łyżeczek układać na papierze do pieczenia. 10) Piec około 10-12 minut do suchego patyczka.
Ponieważ ciastek wychodzi strasznie dużo, można podzielić ilość składników przez dwa.
Z tej samej masy można też upiec muffiny (ciastka nie wiedzieć czemu smakują jednak lepiej;). Muffiny piekły się trochę dłużej, nieco ponad 15 minut.