niedziela, 10 lutego 2013

Agata w Brukseli nie jadla Brukselki

Wszyscy wiedzą, że w lotnisku w Modlinie najlepsze jest to, że nie działa i można polecieć z warszawskiego Chopina do Belgii za 30 zł. W związku z tym nabycie biletu  drogą kupna, a później jego wykorzystanie było czystą przyjemnością. Właściwie byłoby czystą przyjemnością gdyby nie fakt, że lecieliśmy Ryanairem. Ale co tu wybrzydzać. Grunt, że dolecieliśmy w jednym kawałku i nikt nie zmusił nas do zakupu zdrapki ani perfum firmowanych przez Lady Gagę.

Nie wiem jak cała Belgia, ale mam wrażenie, że Bruksela to miasto wszechobecnego sikającego chłopca (Manneken Pis), odrobiny Parlamentu Europejskiego i ładnych kamienic. Podczas dwudniowej wizyty można by odnieść wrażenie, że dzieje się tam tak niewiele, że trzeba się zająć jedzeniem, więc co jadła Agata?

Póki co - to czego nie jadła.

Nie jadła brukselki, która mimo wszystko była spotykalna w wielu innych formach, niekoniecznie przeznaczonych do konsumpcji. Może dlatego, że poza sezonem.

Tu na przykład brukselka z dużą ilością błonnika, bo wydrukowana na kopercie.
Frytki, frytki! Tego nie dało się i nawet nie przystało nie zjeść! Smażone na łoju wołowym, dwukrotnie. O pierwszym przeczytałam, a drugie widziałam na własne oczy. A sprawdziłam głównie to, że mają specyficzny aromat i przyjemnie maślany posmak. Do tego litania sosów - ich wybór trochę przerastał moje kobiece problemy decyzyjne, ale ostatecznie brazylijski stał się moim ulubionym.

Te frytki akurat były Konrada, ale w przypadku sosów panowała wspólnota majątkowa.
Ta piękna, wąsata pani to ja, a na tablicy po lewej stronie lista sosów.
Jak frytki to piwo! Co ciekawe frytki zakupione w Maison Antoine (czyli najbardziej znanej brukselskiej frytkarni) można było wnosić do okolicznych pubów i tam zapijać je piwkiem. Jednym z przewodnikowych brukselskich piw jest Kwak (i nie czyta się go tak jak robi kaczka, bo pani w pubie nie zrozumie) i tradycyjnie serwuje się go w ampułce takiej jak na zdjęciu:


Nie należę do piwoszy obeznanych w temacie, więc powiem tylko, że dobre.

Ponieważ wszystko co słodkie nie jest mi obce, a jak jeszcze do tego kwaśnawe to już w ogóle fajnie - rozkochałam się w Krieku - wiśniowym piwie. Co ciekawe lepiej smakuje z kija niż z butelki.

Pierwsze moje piwo wypite w ogródku piwnym w tym sezonie. Mimo wszystko zmarzłam ;)
Mając zestaw dobre piwo+dobre frytki można by sądzić, że osiągnęło się już pełnię szczęścia. Otóż nie. Pełnię szczęścia osiąga się dostając piwo, frytki i mule. Ciepłe, maślane, z natką.


A na deser gofry. Są konkretne, więc wersja z samą bitą śmietaną wydaje mi się maksimum pożeralności. Podobno Belgowie wybierają raczej opcję z cukrem pudrem i tego się trzymałam przy zamówieniach.

Gofry prezentuje słynny Sikający Chłopiec.
I jeszcze jeden.
Całkiem fajną alternatywą przekąskową były gofry z wytrawnym farszem:


Kolejna opcja kulinarnie pewnie nie jest zbyt belgijska, ale za to ładna. Mamma Roma to ładnie zaprojektowana (strona/ wnętrze/ naczynia) sieciówka ze smaczną pizzą!



A na śniadanie francuski croissant z dobrą cafe au lait podawaną w miseczce ;) Z zaparowanym od zimna (a właściwie już od ciepła) obiektywem.


Ale przejdźmy do sedna i nie mówmy za dużo:








No, muszę tylko dodać, że pan Neuhaus, ten od najdroższych i chyba najbardziej znanych belgijskich czekoladek zaczynał od produkcji zdrowotnych cukierków, np. takich na gardło. Wszyscy wiedzą, że czekolada to samo zdrowie ;)

7 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Szkoda tylko, że taka króóótkaaa

      Usuń
  2. nono świetna wycieczka
    w dnia dni poznałaś najważniejsze smaki, zjadłaś gofry w najlepszym miejscu, tak samo frytki (ciekawe, ile musiałaś w kolejce odstać - w moim wypadku zazwyczaj pół godziny).
    Następnym razem skosztuj czegoś robionego na piwie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak ot mnie przywiało tu półtora roku temu, gdyż zakochałam się w panu, który w Brukseli mieszka :) tak poetycznie, romantycznie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. a tak wogóle, to ja szukałam, czego zrobić z kaszką manną, bo kupiłam w polskim sklepie i leży

    jeśli wrócicie o Brukseli i będziecie mieli za dużo pieniędzy proponuję wizytę u Pierre'a Marcolini'ego - tam posypują praliny drobinkami złota :P (albo po prostu popatrzeć, jak to robię ja, patrzenie zawsze gratis)

    OdpowiedzUsuń
  5. nie wiem, czy wiesz, ale w Warszawie można z powodzeniem wejść z frytkami zakupionymi w Okienku (Polna, Oleandrów), wejść do Małego Piwa i wybierać z dwóch lodówek pełnych najlepszych piw w mieście!

    OdpowiedzUsuń